piątek, 15 grudnia 2017

Dekorator nie sypia

   W minioną sobotę umyłam okna, więc od kilku dni jestem na L4. Poległam na zapalenie gardła, nosa i ucha..o rety... w ogóle mam wrażenie, że cała się zapaliłam.. ;) (mamuś nie krzycz, byłam ciepło ubrana - miałam na sobie gruby sweter i szalik..przysięgam...!!) ;)
Środę i czwartek przespałam. Całe. Szczerze mówiąc jestem nieco zdumiona tym, że można tak długo spać.. Widocznie organizm upomniał się o nieprzespane noce. No właśnie..
Dwa tygodnie temu (rany jak ten czas leci..!!) dekorowałam salę na przyjęcie weselne znajomej. Jak zwykle nie obyło się bez przygód.. ;)
Kilka dni przed weselem miałam zabrać do domu świeczniki (dość spore kandelabry), by je udekorować. Niestety, to był czas imprez andrzejkowych, więc były potrzebne na w restauracji, tak więc odebrałam je praktycznie w ostatniej chwili - w piątek rano.
Plan był taki, że od razu po pracy - a kończyłam o 13:00 - biegnę do domu i biegiem zabieram się do pracy. Do ubrania miałam 8 kandelabrów, które czekały w samochodzie.
Skończyłam pracę i popędziłam do domu. Uszykowałam dekoracje i już miałam iść po świeczniki..... gdy zorientowałam się, że nie ma karty od auta (nie kluczyków, nasze rozgruchotane auto ma Kartę ;) ). Przeszukałam wszystkie kąty w domu, łącznie z szufladą na "inne przyrządy" w kuchni. Nie ma!! TRAGEDIA!!!!!
Okazało się, że kartę ma mój małżonek. Pojechał z nią do pracy i nie było możliwości, by ją zabrać - musiałam czekać do jego powrotu, czyli do godziny 19:00. Jakby nie było, pięć godzin w plecy... Rozbeczałam się jak dziecko. Pożaliłam się koleżance, w jakiej to kropce jestem..a że koleżanka z tych, co w potrzebie autonogami niczym Flinston popędziłaby do Warszawy, byle tylko uratować sytuację.. ;)) zaproponowała, że "zaraz po mnie podjedzie i pojedziemy do tej pracy..tylko mam się już nie mazać" Kochana :)
Na nic to jednak, nie było możliwości odebrania karty, trzeba było czekać.
Pracę zaczęłam przed 20:00 i skończyłam coś koło..2..3:00..? Nie pamiętam dokładnie.. W ogóle nie kładłam się już spać, bo tyle hektolitrów kawy wypiłam, że o spaniu w ciągu najbliższych dwóch dób nie było mowy.
Koło godziny 13:00 miałam iść dekorować salę. Czas miałam do 15:30. Wydawało mi się, że spokojnie ze wszystkim zdążę... Nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam.. ;)
Do restauracji wzięłam ze sobą Julkę. Pomyślałam, że być może przyda mi się drobna pomoc w przytrzymaniu kwiatka tudzież docięciu drucika. Do głowy by mi nie przyszło, że moje własne osobiste dziecię uratuje sytuację!!
Na miejscu okazało się, że ledwie nadążam. Czas kurczył się niemiłosiernie, a ja czułam, że oblewają mnie siódme poty.. Ostatecznie Julka nie tylko pomogła przytrzymać kwiatek i przyciąć drucik, ale od A do Z ogarnęła dekorację stołu "zdjęciowego" (stół z gadżetami do robienia sobie zabawnych zdjęć). Przystroiła go, rozpakowała wszystkie dekoracje i zaaranżowała cały blat. Osobiście byłam pod wrażeniem, że tak świetnie sobie poradziła (złapała bakcyla, ha!!) i czułam Dumę. A przede wszystkim WDZIĘCZNOŚĆ. Gdyby nie Jula, nie dałabym rady...
   Po wykonaniu dekoracji zabrałam ją na deser lodowy i dałam w nagrodę kieszonkowe. Zasłużyła.
Dla mnie nagrodą było zadowolenie znajomej.








   Od tamtego weekendu jestem ciągle czymś pochłonięta. Robiłam porządki, skończyłam dwa obrazy na zamówienie.. no i robię dekoracje świąteczne. Ubrałam też już choinkę. Może i trochę za szybko, ale w tygodniu będę zajęta, a w weekendy studiuję, więc jakby..nie było wyjścia ;)
Kilka ostatnich dni przeleżałam, popijając herbatę z sokiem z czarnego bzu, który kupiłam na kiermaszu u "mojej pani od naleweczek".

Wrzucam małą zapowiedź świąteczną... ;)



   Kominek prezentuje się cudownie. Oczywiście musiałam wtrącić swoje trzy grosze i przemalować co nieco.. ale inaczej nie potrafię..już..chyba......... ;))))


Życzę Wam spokojnego weekendu. Mój upłynie na nauce. O losie..
;)
♥♥

piątek, 8 grudnia 2017

Ciepło, cieplej, przytulnie

   Święta zbliżają się szybciuchno...a mnie już ogarnął karminowo-biały szał... ;)
Mój kominek już stoi w pokoju, jednak jeszcze go nie pokażę, gdyż muszę odczarować kilka drobiazgów..ot, chociażby kontakty, które straszą zza jego obudowy.. ;) Czekam też na lustro, które wykonuje dla mnie fachowiec z Warszawy. A będzie to lustro bardzo, bardzo wyjątkowe.. ;)
Mam nadzieję, że będę się nim cieszyć w przyszłym tygodniu.

   Poczułam już święta... Powoli zabieramy się za porządki, planujemy, dekorujemy...
Wieczorną herbatę i poranną kawę popijamy w mikołajowych kubłach. Każdy z domowników ma swój własny-osobisty.
Kocham...........
✽❄✽









Nastrój świąteczny udzielił mi się na tyle, by sprawić sobie taką małą...hmm...babczyńską przyjemnostkę..;) :)



Dobrego dnia Kochani!!
♥♥

wtorek, 5 grudnia 2017

Wyniki losowania

Kochani,
ostatnich pięć kuponów zniżkowych do uwalls.pl znalazło właścicielki - oto zwyciężczynie:
Justyna, Basia M., Graża, Mada i Iwona S.
Dziewczyny, czekam na Wasze e-maile (rustykalnydom@wp.pl).
Dziewczynom serdecznie gratuluję i dziękuję Wszystkim, którzy brali udział w naszej przedświątecznej akcji!!

Już za chwilę na łamach Rustykalnego pojawią się nowe wpisy - aranżacje, zdjęcia realizacji..i garść zapisków z życia..ot tak, po prostu.. ;)) 
Wiem, że ostatnio mało mnie tu było, ale teraz się to zmieni ;)

Zatem..do zobaczenia!!
:*

poniedziałek, 4 grudnia 2017

LOSOWANIE MIKOŁAJKOWE - Dziś 5 kuponów do zdobycia!!



Kochani,
to już ostatni dzień naszej akcji rozdawajkowej. 
Dziś mam dla Was mikołajkową niespodziankę - po godzinie 20:00 wylosuję aż 5 kuponów po 50zł!!!! 
Zapisujcie się szybciuchno :)))

Powodzenia!!
:)

sobota, 2 grudnia 2017

Losowanie ósme




Kochane moje, tym razem losowałam spośród wszystkich osób, które zostawiały komentarze od początku naszej akcji, by raz jeszcze dać Wam równe szanse.
Zwyciężczynią dzisiejszego losowania jest "Monika Kurnicka" - proszę Cię kochana o wiadomość drogą mailową: rustykalnydom@wp.pl.

Miłego wieczory Wam życzę... :)

czwartek, 30 listopada 2017

Drewniany dom

   Święta zbliżają się wielkimi krokami, a ja zamiast wziąć się za przygotowania i dziergać świąteczne ozdoby, bujam w obłokach. Po głowie kołaczą mi się marzenia i coraz częściej puszczam wodze wyobraźni w związku z budową domku. Myślę o tym, jaki będzie i jak będę go stroić na święta. Bo gdy już się kiedyś wyremontuje i urządzi, święta będziemy spędzać właśnie tam, w leśnej chatce. Już sobie wyobrażam taką scenerię: salonik w drewnianej oprawie, w ciepłych kolorach, pełen drobiazgów, kraciastych poduszek i futerkowych pledów; stary fotel stojący przy kominku, w którym wesoło trzeszczą płonące polana; wszędzie delikatne światła lampek, tlące się świece, a za oknem………..ach…!! Już nie ściana kamienicy czy smutny, zimowy balkon, lecz ogród, a w nim ośnieżone choinki,  śnieżne bałwany i kłęby migoczącego puchu pod werandą.. a w tle las – senny, uśpiony i cichy. Jakie to się wydaje realne…. J
   Cały czas myślę nad projektem domku. Wszystko tu musi być dobrze zaplanowane, bo ogranicza nas jego wielkość, a chcę, by był nie tylko funkcjonalny, ale i piękny, przytulny. O, a już na pewno musi być drewniany. Niekoniecznie budowany w całości z drewna, ale na pewno drewnem obity.
Od jakiegoś czasu w sieci szukam dobrych projektów, inspiracji. Jakiś czas temu zaprzyjaźniłam się ze stroną  Extradom, która oferuje cały szereg pomysłów. Kategorią, którą okupuję od jakiegoś czasu są „Domy drewniane”. Projektów domów jest tu całe mnóstwo, a ja nie potrafię znaleźć jednego, bo każdy jest inny, zaś mnie w każdym z nich podoba się co innego.
Ot, na przykład ten:

Projekt domu L-35 Dom z bali BBD1052

Jest to projekt chyba najbliższy naszemu pomysłowi. Nasz domek ma już dobrą podstawę, bo bryła budynku jest taka właśnie prosta, więc wystarczy jedynie zbudować nowe poddasze. Bardzo podoba mi się taki projekt – dom z uroczym gankiem i oknem nad nim. Balkon jedynie zastąpiłabym prostym zadaszeniem bez balustrady (jedynie może z dekoracyjną barierką). Nie widzę potrzeby budowania balkonu, bo zabrałby nam powierzchnię użytkową, a podejrzewam, że nie korzystalibyśmy z niego za często mając ogród pod nosem. I tak właśnie wyobrażam sobie front domu – po środku drzwi wejściowe, po lewej stronie okno kuchenne, a po prawej – drzwi tarasowe z wyjściem z salonu. Przed domem mamy ścianę lasu, dlatego zależy mi na tym, by z kuchni i salonu mieć na nią widok.
Z boku domku (z prawej strony) dobudowalibyśmy werandę. Byłaby właśnie tam, gdyż po południu po tej stronie nie ma już słońca. Nie zabieralibyśmy też światła dziennego z przodu budynku.

Z tego projektu...

Projekt domu L-94 Dom z bali BBD1146

..zapożyczyłabym drobne elementy: balustrady, przedłużenie dachu. Być może lekko załamane i krótsze, ale takie, by dach wspierał się na pięknych, masywnych belkach..
W projekcie poniżej w kolei zachwycają mnie okna  - duże, z gęsto rozłożonymi szprosami i z obu stron salonu. Rozwiązanie piękne..tylko nie jestem pewna, czy nie zabierze mi zbyt wiele ścian, pod którymi mogę ustawić kredensy czy komody. Mimo to projektem jestem oczarowana. Domek niewielki, zgrabny i na pewno dobrze doświetlony od frontu.

Projekt domu A-101 Dom z bali BBD1163


   Niełatwo się zdecydować na konkretny projekt. Przy wyborze tego jednego, jedynego, kierować się muszę wieloma wytycznymi. Dom będzie musiał sprostać mojej wizji domu niezwykle przytulnego i przestronnego pomimo niewielkiego metrażu. Cóż.. mam nadzieję, że uda nam się wszystkie pomysły połączyć w jeden spójny plan i że już za kilka lat będziemy mogli święta spędzać w pachnącym żywicą i domowym ciastem leśnym domu… ;)

*Post sponsorowany


   Tegoroczne święta spędzamy w mieście. Mam w głowie kilka pomysłów na dekoracje. Wkrótce zabieram się do pracy ;) 

   Mam dla Was jeszcze wiadomość dotyczącą dzisiejszego losowania - kolejny kupon wędruje do "Mysi" :)) Gratuluję!!!!! Czekam na maila, żebym mogła przesłać kupon.

Uciekam do poduchy. Jestem bardzo zmęczona..bo zaczęłam już robić dekorację ślubną na sobotę. Trzymajcie kciuki, żeby się udało ;)

Ściskam Was mocno!!
♥♥


wtorek, 28 listopada 2017

Losowanie szóste


   Kochani, dzisiejsze losowanie przeprowadziła moja druga połowa. Było bardzo energicznie - tradycyjne losowanie zastąpiło przekłucie kartki wykałaczką i o mały włos nie zyskałam dziury w dłoni ;))) Ale żyję, ręka również :D 

Dzisiejszy kupon wędruje do... "Pastelowego domku" :))) Gratuluję!!
Czekam na e-mail, a pozostałym uczestnikom życzę szczęścia i cierpliwości, jeszcze jest co rozdawać ;))

Uściski ślę!!
♥♥

niedziela, 26 listopada 2017

Losowanie piąte




   Witajcie!!
Dzisiejszy kupon wędruje do.......... "Kasi B" :))))
Kasieńko, gratuluję i czekam na maila (rustykalnydom@wp.pl).

Przypominam się też Małgosi, która jeszcze nie odezwała się mailowo, czekam ;)

Ściskam Was mocno i zachęcam nadal, jeszcze kilka kuponów do rozdania :)
♥♥

piątek, 24 listopada 2017

Losowanie czwarte



Miło mi poinformować, że kolejny kupon zniżkowy do uwalls.pl zdobyła w dzisiejszym losowaniu "Małgorzata M" :)

Małgosiu, gratuluję!! Proszę o kontakt mailowy ;)

Pozostałym dziewczynom zaś życzę szczęścia i zapraszam, próbujemy dalej :)))




środa, 22 listopada 2017

Losowanie trzecie




Witajcie!!
W dzisiejszym losowaniu najwięcej szczęścia miała "Ana" :)))
Gratuluję Tobie z całego serducha i czekam na zgłoszenie na rustykalnydom@wp.pl

Po raz kolejny zapraszam do pozostawienia śladu, bo pojutrze kolejne losowanie :)

Ściskam Was wieczornie!!
♥♥


poniedziałek, 20 listopada 2017

Losowanie drugie




Moi mili, dziś przeprowadziłam drugie losowanie. Łapki Julki wylosowały karteczkę i tym sposobem drugi kupon otrzymuje:
"Monia"
Czekam na zgłoszenie mailowe dzisiejszej zwyciężczyni (rustykalnydom@wp.pl).

Gratuluję zwyciężczyni!! :)))))
Pozostałe kobietki zapraszam do ponownego wpisywania się. Do rozdania jeszcze 8 kuponów :)


sobota, 18 listopada 2017

Uwalls&RD - Losowanie pierwsze


Kochani, pierwszy kupon wędruje do osoby  z różaną ikonką, o nicku "Monika"  :)
Monikę proszę o zgłoszenie się na e-mail: rustykalnydom@wp.pl (temat wiadomości: Uwalls).

Piszcie komentarze, kolejne losowanie już za dwa dni!! :)



piątek, 17 listopada 2017

Świąteczna rozdawajka - zapraszam :)







Moi drodzy,
tak jak zapowiedziałam, mam dla Was przedświąteczną niespodziankę :)
Wraz z firmą Uwalls, zajmującą się produkcją i sprzedażą fototapet na zamówienie, 
chcę Was zaprosić do udziału w Akcji Podarunkowej
w której do zdobycia będą 
kupony zniżkowe do zrealizowania w sklepie internetowym uwalls.pl 
o wartości 50zł każdy.
Do rozdania mamy aż 10 kuponów!! :)


Akcja trwa już od TERAZ do dnia 5 grudnia 2017r.
Od jutra co dwa dni będę publikować krótki wpis oflagowany powyższym banerem. 
Aby zdobyć kupon zniżkowy, wystarczy wpisać dowolny komentarz pod aktualnym (najnowszym) postem. Co dwa dni spośród osób komentujących będę losować jedną osobę, która otrzyma kupon.
O wylosowanych osobach będę informować na bieżąco w publikowanych postach (już dziś możecie pisać komentarze, a pierwsze losowanie odbędzie się jutro po godzinie 20:00; po wylosowaniu opublikuję wpis z informacją kto otrzymał kupon; po opublikowaniu jutrzejszego postu z tym ogłoszeniem, będzie można dalej komentować, a kolejne losowanie odbędzie się 20 listopada po 20:00..i tak dalej.. do 5 grudnia :) )



Osoba, która otrzyma kupon, będzie proszona o zgłoszenie się do mnie drogą mailową - wówczas prześlę kod zniżkowy, który można wykorzystać składając zamówienie w uwalls.pl (wpisuje się go w okienko "Twój kod promocyjny").

Zachęcam Was do udziału w naszej akcji. W uwalls.pl możecie zamówić piękną fototapetę dostosowaną do Waszych potrzeb i gustów. Znajdzie się też coś dla miłośników plakatów, grafik czy obrazów - można zamówić wybraną grafikę w mniejszym rozmiarze, włożyć ją w ramę i powiesić na ścianie bądź postawić na komodzie :)


* jedna osoba może zdobyć jeden kupon zniżkowy
* kupony ważne do 25 grudnia 2017r.


ZAPRASZAMY!!
★★




poniedziałek, 13 listopada 2017

Zapowiedź niespodzianki

   Na wstępie moi drodzy chcę Was zaprosić do regularnych odwiedzin, bo wraz z jedną z firm szykujemy dla Was miłą przedświąteczną niespodziankę :) Szczegóły jeszcze w tym tygodniu.


   Nadszedł poniedziałek i uświadomiłam sobie, że nie zdążyłam nadrobić zaległości i skończyć kilku zadań. Czasu miałam sporo, ale bóle powypadkowe dały znów boleśnie o sobie znać i przeleżałam weekend relaksując się przy świątecznym (tak...!!) filmowym maratonie.
Dziś już mi lepiej i zabrałam się za to, co mi zaległo ;)

   Czy i Wy już czujecie święta..? Mnie się udzieliło na dobre. W moim domu pachnie już jabłkowo-cynamonową świeczką, a na ścianach tlą się małe światełka w ledowych łańcuchach. Oj chce mi się już...
W pokoju dziennym planuję ostatnią remontową zmianę (ostatnią z tych większych). Chcę wstawić portal kominkowy.
Po rozebraniu ceglanego kominka zyskaliśmy w pokoju miejsce, jednak brakuje nam bardzo klimatu, który tworzył ten jakże niepraktyczny element ;) Brakuje nam w dziennym "tego czegoś", co go wyróżni, uczyni bardziej naszym. Dlatego postanowiliśmy znów wdrożyć w życie projekt "kominek". Wiem, że znajdzie się tu wielu przeciwników atrap i innych biokominków, ale.. prawdziwnego w mieszkaniu w mieście mieć nie mogę, dlaczego więc nie stworzyć czegoś na podobieństwo..? Jak ostatnio napisał mój kolega R. - "nie ważne co by się działo, grunt, by było ładnie" ;))))
Portal kominkowy musiałam zamówić u stolarza. Te dostępne w sprzedaży albo mi się nie podobają, albo są za małe, albo znów za długie... Postawiłam na producenta z okolic mojego miasta. W niedzielę prawdopodobnie odbiorę kominek. Będę go sama malować, by idealnie wpasował się w dzienny. Nad portalem powieszę lustro.

Przy okazji planowania zmian wpadłam na pomysł, by tym razem pokazać się Wam z nieco.. szerszej perspektywy ;) Być może już niedługo pomacham Wam z ekranu, tak bardziej...osobiście ;)))

   Uciekam do zaległościowego nadrabiania ;) a Wam życzę szczęśliwego zakończenia 13-go i wspaniałego początku tygodnia!!

♥♥

niedziela, 5 listopada 2017

Sposób na zdjęcia

   Nie starcza mi doby. To chwilowy stan, bo mam wyjątkowo bardzo, bardzo dużo na głowie. Oprócz pracy, studiów i zwyczajnej codzienności zajmuje mnie praca nad kolejnym reportażem. Powolutku kończę, jednak to nie koniec wyzwań ;)
 Podjęłam się zadania wykonania dekoracji ślubnych w stylu lat 20-tych dla znajomej. To mój pierwszy raz, ale czuję się zaszczycona, że zaufano mi na tyle, by właśnie mnie powierzyć wykonanie dekoracji. "Tylko ty zrobisz to idealnie. Z twoim poczuciem smaku.." - po usłyszeniu tych słów uznałam, że obdarzono mnie wielkim kredytem zaufania i mam nadzieję, że podołam ;)



   W wolnych chwilach relaksuję się handmade'owo. Ostatnio wykonałam gwiazdę, teraz przyszła kolej na stworzenie oprawy dla ulubionych zdjęć. Do tego celu wykorzystałam stare mocowanie do gobelinu, które znalazłam w domku na wsi. Wystarczyło zwiesić z niego nitki i przypiąć do nich zdjęcia za pomocą maleńkich klamerek. Żeby zdjęcia utrzymać w klimacie retro, poprosiłam w drukarni o obcięcie rogów. To prosty i niedrogi sposób na udekorowanie ściany. Może i Was zainspiruję...?? ;)






















W pracy miałam kilka dni wolnego, nadrobiłam więc zaległości. W końcu udało się nam przykleić drugą rozetę nad lampą w kuchni..










   Dziś ostatni dzień wolnego. Startuję do kuchni. Mam ochotę na mięsko w ziołach. Może coś upiekę...
Wam kochani życzę wspaniałej i słonecznej - jak u mnie - niedzieli :)))
♥♥

sobota, 28 października 2017

Gwiezdny pył

   Kilka dni temu oglądając telewizję - co zdarza mi się rzadko - trafiłam na program "Pomysłowe domy". Rany, jakie wnętrza tu prezentują..!!!! Oglądałam z zapartym tchem, kodując w głowie smaki, pomysły, klimaty, detale.. To było akurat francuska wersja, więc wnętrza, które pokazano, były bardzo, ale to Bardzo w moim guście. Każde udekorowane targowymi znaleziskami, elementami nadszarpniętymi zębem czasu, a zarazem eleganckie, kunsztowne, niepowtarzalne. Wspaniałe!!
Obraz jednego z domów tak bardzo wpisał mi się w pamięć, że zapragnęłam zobaczyć jego wnętrza raz jeszcze. Powtórka programu emitowana była dnia następnego o - bagatela - pierwszej w nocy. Co zrobiłam..?? Oczywiste!! Nie ważne, że byłam zmęczona po kilkudniowym maratonie (praca-obowiązki-praca-zamówienia-praca-studia..) - nastawiłam budzik i obejrzałam raz jeszcze.Tak, wiem..jestem szalona... O nie nie..zaleciało mi tu jakimś mało lubianym "hitem" - niech będzie raczej: jestem niespełna rozumu ;))) Jeśli coś mi się naprawdę spodoba - nie ma "zmiłuj się" ;)

Lubię czerpać inspiracje. Po obejrzeniu programu zdałam sobie sprawę, że w prezentowanych wnętrzach jest to, czego mi brakuje jeszcze w moim poremontowym mieszkaniu - dodatków. Mnóstwa dodatków, tworzących nastrój. Nie dla mnie wnętrza minimalistyczne. Nie odnajduję się w nich, dlatego sukcesywnie ocieplam dzienny i pozostałe wnętrza..

Coraz bardziej inspirują mnie wnętrza norweskie, duńskie, ale takie z elementami w starym stylu. Bardzo podoba mi się, jak mieszkańcy Skandynawii ozdabiają mieszkania surowymi, rustykalnymi drobiazgami. Jak łączą elegancką sztukaterię i zimny kryształ z ciepłym drewnem, futrzanymi tekstyliami i starymi meblami, świecznikami, lustrami... W kwestii połączeń starego z nowym są mistrzami. Podobnie zresztą jak Francuzi.
Chcę, by moje mieszkanie było kwintesencją elegancji i stylu vintage. By było jasne, ciepłe i jedyne w swoim rodzaju. I by było zupełnie inne niż dom na wsi, bo posiadanie dwóch jednakowych domów byłoby moim zdaniem zupełnie bez sensu.


Dziś stworzyłam coś, co podpatrzyłam we wnętrzach, które tak bardzo mnie zachwycają - dużą gwiazdę z patyków. Do jej wykonania użyłam zdrewniałych łodyg żywopłotu, który ostatnio wyrzuciliśmy. Poza patykami potrzebny był jedynie czarny drucik. Po połączeniu badylków oplotłam je sznurem ledowych światełek. Gwiazda jest dość surowa, nie przeszkadza mi więc wiszący u dołu zasilacz..











Wreszcie udało nam się wykończyć przedpokój. Teraz jedynie drzwi wejściowe tu nie pasują - to jedyne drzwi w brązowym kolorze. Są okropnie brzydkie, dlatego nigdy ich nie pokazuję ;) Miałam wymienić je w zimie, ale nie wiem, czy uda się to zrobić, bo samochód woła o pomstę.. ;)














Cudownie tu wracać. Cudownie........................................
;)

środa, 11 października 2017

Mam chore dziecko w domu i

..dziesiątki ciężkich dni za sobą.
Zaczęła się jesień, więc spełniamy normę i chorujemy. My z mężem już odbębniliśmy swoje - grypa jesienno-zimowa zaliczona. Teraz przyszła pora na najmłodsze. Moje dziecię leży pod ciepłym kocem, z zapaleniem gardła, gorączką i pluszową sową pod pachą.
   Rano pobiegłam do sklepu po bułki. Jestem mocno niedospana, bo nie dość, że trzeba było do nocy okładami zwalczać gorączkę, to jeszcze - każda mama to wie - chore dziecko = spełnianie zachcianek ;) Przed wyjściem z domu na prędce się ubrałam, przeczesałam włosy (uczesaniem tego nazwać nie można..), domalowałam jedno oko i posmarowałam maścią "zimno" na ustach. Stanęłam przed lustrem i popoprawiałam to i owo. Poprawiałam długo, by wyglądałam jakbym przebiegła maraton. Kiedy już miałam uznać, że nie ma tragedii i mogę wyjść z domu, zorientowałam się, że bluzkę założyłam na lewą stronę. Przebrałam, przygładziłam się, przyklepałam, po czym stwierdziłam: "to i tak nic nie da, idźże już....".
W duchu się modliłam, by nie spotkać znajomej, którą niedawno spotkałam w markecie. To był wieczór. Z mężem wpadliśmy zrobić zakupy. Mieliśmy na ich zrobienie jakieś 30 minut, bo tyle sechł klej do płytek. Byliśmy akurat w ferworze prac remontowych, pomiędzy kładzeniem kafli a malowaniem ścian. Normalne, że nie miałam akurat makijażu, ani nie biegałam na obcasach. Wrzuciłam na siebie to, co zdołałam dosięgnąć, bo całe wyposażenie szaf i łazienki leżało zakopane w pokoju Julki, za umywalką, brodzikiem i wc-miską. Nieszczęśliwie natknęłam się na dawno nie widzianą znajomą, która widząc mnie "taką" uznała, że wyglądam strasznie, niezdrowo, staro i do tego przestałam o siebie dbać..więc się o mnie martwi..no i rzecz jasna..jestem pewnie nieszczęśliwa.
Hmm... Nie chciało mi się już tłumaczyć, że "jak mam wyglądać, skoro od 4 tygodni remontujemy łazienkę, od tygodnia myję się w misce i nie mam toalety, a o rozstawieniu deski do prasowania to mogę już w ogóle pomarzyć..". Przemilczałam więc komentarze, wiedząc, że nie ma sensu się tłumaczyć, bo i tak pewnie myśli, że coś ze mną nie tak ;)
Tak się składa, że w remoncie łazienki miał nam pomóc fachowiec, ale gdy zorientowaliśmy się, że chce nas trochę.."wyrolować"... postanowiliśmy zrobić wszystko sami. W położeniu płytek za prysznicem i na kawałku ściany oraz podłogi pomógł nam szwagier, jednak w trosce o jego chory kręgosłup za resztę roboty zabraliśmy się w dwójkę. Mąż przerabiał rurki, a ja kleiłam płytki. On kleił podłogę, a ja robiłam fugi. Kiedy pojechał do marketu budowlanego, pomalowałam ściany i sufit. Z metra cięta jestem, więc kiedy zaciaprałam płytki przy suficie nad prysznicem, musiałam zbudować maczugę z kija do mopa, gumek recepturek i starych koszulek Julki, ze szmatką na końcu, by to zmyć. I choć chcieliśmy wszystko zrobić szybko, nie wyszło. Remont przeciągał się w nieskończoność, a ja tęskniłam już nie za wytwornymi wnętrzami, ale za zwyczajną możliwością umycia się przy umywalce, czy możliwości położenia spać w nieskazitelnie czystej pościeli.

Domalowałam więc rano trochę urody i wyszłam do sklepu. Czułam, że wyglądam, jakby po mnie przejechał czołg. Po drodze mijam faceta w średnim wieku. Wygląda na takiego, który stoi pod sklepem i prosi o pieniądze. Nie o jedzenie, lecz o pieniądze. W duchu myślę sobie, niech mnie tylko zaczepi. Niech no tylko słowo.. Już ja mu powiem!! Że jestem o połowę młodszą od niego kobietą, a pracuję ciężko jak wół, by się utrzymać. Że nigdy nie śmiałam narzekać, że muszę dużo pracować, wręcz zawsze czułam taki obowiązek. Że do wszystkiego dochodziłam sama, poświęceniem i wyrzeczeniami. Że żadnej - prawie - pracy się nie boję. O, zdarzało się na przykład, że dawniej dorabiałam malując pokoje bogaczy, którzy nie raz nie dwa traktowali mnie z wyższością, nie raz czułam się poniżona..ale zaciskałam zęby, uśmiechałam się grzecznie i pracowałam. Że.... że.. sama tynkuję ściany, stawiam płoty, bo to nie ujma na honorze. Nie dla mnie. Że chłop zamiast stać i prosić, powinien zgłosić się do jakiegoś urzędu i nająć do prac przy odgruzowywaniu miasta po nawałnicy - codziennie pokonuję drogę do pracy, wiodącą przez park, w którym runęło wiele drzew, a gałęzie powalone na ścieżkach uniemożliwiają przejście, więc zatapiam obcasy w błocie, omijając chodniki..
Nie lubię leniwców. Bo najlepiej jest usiąść i narzekać, że się nie ma..że jest ciężko. Niestety, bez chęci i działania nic się w życiu nie osiągnie. No, chyba że dostanie się dom i pieniądze od rodziców, tudzież dziadków. Ja nie dostałam. Oboje na wszystko, co dziś mamy, pracowaliśmy ciężko. Może właśnie dlatego tak kocham wszystko co mam, a wracając z podróży do domu, całuję jego ściany.... ;)))

   Et voila, jaki post mi wyszedł... Doznałam słowo..nie, nie słowo.. myślotoku...ale moim celem było pokazanie, że jestem normalną babką. Nie cyborgiem, który o każdej porze dnia i nocy ma umalowane usta i odprasowane na blachę ciuchy i po mięso biega w szpilach. Jestem kobietą, która nie boi się ciężkiej pracy i nie boi się ubrudzić. Jeśli miałabym odpowiedzieć, co w sobie lubię, to właśnie to - ten luz, to, że nie przejmuję się ani grama tym, co o mnie myślą inni.
Wywnętrzyłam się troszkę, ale to dlatego, że jesteście moimi czytelnikami i z tego powodu jesteście mi drodzy. Chcę, byście mogli mnie poznać, byście przekonali się, że jestem normalnym człowiekiem. Nie jestem żoną zarabiającego faceta, która chodzi i pachnie, ale babką, która sama ciężko pracuje, zarabia, niejednokrotnie ratując domowy budżet. Szanuję nie tylko ludzi, ale i pieniądze. Dlatego nie miejcie mi za złe, że czasem pojawi się tu jakaś forma współpracy, dzięki której wpadnie mi jakiś grosz. Nie decyduję się na to dlatego, że wciąż mi mało, ale dlatego, że czasem potrzebuję gotówki, by nie obciążać finansów domowych finansów swoimi pasjami. A jeśli podejmuję współpracę z daną firmą to tylko wówczas, gdy jego idea do mnie przemawia, mam zaufanie do właścicieli i tylko wtedy, gdy tego chcę i akurat potrzebuję.
Wiem, że jesteście fantastycznymi ludźmi, pełnymi zrozumienia i że odbieracie na tych samych falach co ja. Wszak dlatego "mnie" czytacie. Bądźcie ze mną, pełni zaufania, wspierający i dzielący się swoimi doświadczeniami, radościami, wzlotami i upadkami. A ja będę dla Was. Bo jestem normalnym człowiekiem, któremu czasami się coś w życiu udaje, ale który przeszedł też przez wiele przeszkód w życiu i musiał stoczyć niejedną bitwę, walkę, wojnę. To jednak nigdy, ale to nigdy nie zdjęło uśmiechu z mojej twarzy. Dla mnie szklanka jest Zawsze do połowy pełna, ot, moja dywiza życiowa ;)))))))))



   Dziś jestem mamą na zwolnieniu i dogadzam. Na obiad będą naleśniki z czekoladą i bananami.
Później zrobię kilka pstryków z łazienki. Zastanawiam się nad położeniem w niej tapety, którą mam w szafie, a którą miałam kłaść w korytarzu. Łazienka jest dla mnie za mało charakterna. Piję kawę i trawię to ;)

Życzę Wam dobrego dnia i zdrowia, nie dajcie się jesieni...!! "*




poniedziałek, 9 października 2017

Zmiany, zmiany, zmiany...

   Witajcie!!
Bardzo Wam dziękuję za rady dotyczące ogrodu. Wszystkie cenne wskazówki notuję w specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie. Piszecie o swoich tegorocznych doświadczeniach i pociesza mnie fakt, że nie wszystkie porażki były spowodowane popełnianymi przeze mnie błędami ;)
Nie poddaję się. Nauczę się i ja ;)

   U mnie zmiany. Od kilku dni pracuję na nowym stanowisku - pedagoga specjalnego. Podjęłam kolejne studia, więc na brak zajęć w tym roku narzekać raczej nie będę ;) Na pewno będzie okazja by poznać nowych ludzi, którzy zawsze stanowią dla mnie inspirację, w różnych aspektach życia. O właśnie, a propos ludzi..
Wczoraj wreszcie udało mi się spotkać z jedną z blogerek - Janiną, piszącą blog Moje chwile wytchnienia. Z Janiną znałyśmy się wirtualnie od jakiegoś czasu, ale nie było okazji, by spotkać się osobiście, choć dzieli nas zaledwie kilkanaście kilometrów.
Wpadliśmy do Janiny rodzinnie i tylko na kawkę, na chwilę...ale okazało się, że tak nam było dobrze, że zasiedzieliśmy się do późnego wieczora. Znów miałam szczęście poznać wspaniałych, ciepłych ludzi, o podobnych poglądach, podobnym sposobie patrzenia na świat i systemie wartości. Po powrocie do domu stwierdziłam w duchu, że fakt, że oprócz mamy właściwie nie mam bliskiej rodziny, wynagradzają mi znajomi. Często starsi ode mnie o kilkanaście-kilkadziesiąt lat, ale duchem i sercem tak podobni, że adoptuję ich z całym życiowym arsenałem i traktuję jak własną, najwłaśniejszą rodzinę.
Janina wyposażyła mnie na odchodne we wspaniałości zamknięte w słoiczkach i w swojski, pieczony chleb. Pieczony na jarmużu. Nie dość, że pyszny, to jeszcze piękny!!
Z chęcią zaczęłabym sama wypiekać chleb. To, co oferują sklepy, przeraża mnie i skutecznie zniechęca do zakupu :/ Mam nadzieję, że nie zabraknie mi na to czasu. Zamknęłam już remont mieszkania, więc powoli wracam do normalnego rytmu dnia. Jestem jednak zmęczona. Bardzo zmęczona.. W moim życiu w ciągu ostatnich dwóch lat działo się bardzo dużo. Musiałam się zmierzyć nie tylko z remontem, ale i z innymi sprawami... Teraz czuję, że muszę zwolnić. Odpocząć. Dać sobie czas na wszystko. Na obowiązki, planowanie, na codzienność, pasje. Odpuściłam sobie na razie lekcje pianina, głównie z uwagi na studia. Będę jednak chciała kontynuować naukę, bo idzie mi to naprawdę dobrze. Złapałam się na tym, że kiedy jest mi smutno, siadam i zaczynam grać. Doskonała terapia, naprawdę.. :)))

   Na prośbę kilku z Was prezentuję dziś bliżej obrazy, które namalowałam w ostatnim czasie. Oprócz pejzaży powstała też abstrakcja, która miała nawiązać do wzoru nowego pufa (aaaach...jak ja lubię słowo "puf" :))) ). Naciaprałam farbami po kartce, poskładałam, odbiłam, przyklepałam, a na końcu wysuszyłam I włożyłam w ramę.. ;)












   Mam nadzieję, że po weekendzie macie więcej energii niż ja ;) Za mną bardzo ciężkie dwa dni. Dziś chwilę jeszcze popiszę i zasiadam na kanapie z książką. Czytam "Kaznodzieję" C.Lackeberg. Miałam przeczytać już dawno...ale ten remont..  Idę zaparzyć herbatę. Życzę Wam dobrego początku tygodnia!! :*

poniedziałek, 2 października 2017

Psychoza początkującego ogrodnika czyli jak ogrodować by nie zwariować

   Pod koniec lata obraziłam się na ogród. Doszłam do wniosku, że uprawianie go to katorżnicza praca, która zupełnie, ale to zupełnie nie ma sensu. Zupełna katastrofa, klapa kompletna i jakaś pomylona pomyłka. Ale od początku...
Zaczęło się od tego, że posiałam warzywa, między innymi: marchew, pietruszkę, koper, buraki, cebulę, brukselkę, pomidory. Wszystko oczywiście siałam zgodnie ze wskazówkami wyczytanymi w mądrych magazynach ogrodniczych, biorąc pod uwagę to, które warzywa z którymi lubią sąsiadować, a które których nie lubią. Ale się cieszyłam z tego warzywnika!! Biegałam wokół wschodzących pyszności, nie mogąc się doczekać plonów.
Pod koniec lata okazało się, że mam całkiem fajną marchew i buraczki, ale: pietrucha nie urosła wcale, koper to już w ogóle, cebula mikra jak ziarnka grochu, brukselkę zżarły mi jakieś gąsienice (rety, ile było tego tałatajstwa!!), a pomidory w sierpniu - podobno - zjadła mi jakaś bliżej nie określona Zaraza.
Zezłościłam się. Nic to jednak, pomyślałam. Wezmę się za uprawę ziół.
W ogrodzie rośnie stary lubczyk, który został tu po pani Mariannie. Gdy kupiliśmy działkę, był ogromny i zdrowiusieńki. W tym roku zaczął mi usychać. Liście zrobiły się ciapate i brzydkie. Kiedy już nawet nie było co zerwać do rosołu, postanowiłam, że zetnę go przy ziemi i poczekam, aż odbije. I wtedy...........
COŚ TAKIEGO MOGŁO SIĘ PRZYTRAFIĆ TYLKO MNIE.
Kiedy schyliłam się ścinając lubczyk, poczułam okropny fetor. Zapach mnie powalił i pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy była taka, że na pewno jakiś zwierz załatwił się w moim lubczyku. Niestety, wyrok był gorszy. Pośród gałązek znalazłam grzyb, na którego widok zrobiło mi się słabo, a obiad pochłonięty po południu przemieścił się niebezpiecznie w kierunku mojego przełyku. Grzyb ów przypominał...hmmm...yyyyy......................ok..może wyguglajcie sobie sami ;))))) Nazwa tego cuda to mądziak malinowy. W domu wyczytałam, że spotykany jest zaledwie w ok.czterdziestu miejscach w Polsce. WOW. Czuję się wyróżniona...!! O retyyyyyyyy.........
Grzyb ten pomimo tego, że przypomina to co przypomina ;) przeokropnie pachnie, a tym zapachem zwabia padlinożerne zwierzęta.
Wykopaliśmy eksponat wraz z kawałkiem ziemi wokół, co by się to to nie rozmnożyło i modlimy się, by więcej nie musieć oglądać tego w naszym ogrodzie. AMEN.

   Kolejną plagą po zżarciu warzyw i ziół były robaczki. Małe, czarne robaczki, które pojawiły się również w sierpniu. Obsiadły bukszpan tak gęsto, że na ich widok przechodziły dreszcze. A już w ogóle wspaniały efekt był wtedy, gdy pod bukszpanem postawiłam biały stół. W ciągu kilku minut blat zrobił się czarny, bo zasiadły na nim miliony czarnych, półcentymetrowych paskud. Zrobiłam obchód po sąsiadach pytając, czy nie wiedzą co to jest, ale nie wiedzieli. Z obchodu był jeden pożytek - poznałam nową sympatyczną sąsiadkę, która uraczyła mnie garścią borówek :)
Żeby wiedzieć z czym walczyć (bo przecież to latajstwo zje mi cały żywopłot!!), postanowiłam, że nałapię ich trochę do słoiczka i podjadę z nimi do ogrodnika. Popytam.
Nałapałam do słoiczka.
Sytuacja ta zainspirowała mnie do napisania tego postu, bo tak się składa, że dwa dni temu przypomniało mi się, że w sierpniu nałapałam przecież tych robali..a słoik nadal gdzieś w aucie...gwałtu rety!!!!!!!!!!!!!!! ;)))))))))))))

   Z końcem lata obraziłam się na ogród. Bo biegam, przycinam, pryskam przeciw grzybowi, skubię chore liście, plewię...a wszystko jakieś takie mikre, coraz słabsze. Wszystko brzydkie i wyglądające bynajmniej nie zdrowo. Strzeliłam rasowego focha i przestałam zajmować się uprawą. Brukselkę wyrzuciliśmy, wykopaliśmy wszystko, co nie chciało rosnąć, a zioła zostawiłam same sobie. Niech tak sobie schną, marnieją i niech im się robią ciapki. Mam dość.
   Po ok. miesiącu (akurat intensywnie pracowaliśmy nad remontem w mieszkaniu) pojechaliśmy na wieś. Warzywa piękne, dorodne. Zioła, choć niby pozostawione same sobie i nie pielęgnowane, są piękne, gęste i zdrowe. Doszłam do wniosku, że im mniej koło nich chodziłam, tym są ładniejsze. DZIWNE. Ale to pewnie nie ostatnia rzecz, która mnie zaskoczy w ogrodzie ;)


   Kilka dni temu posadziliśmy kilka tujek przy ogrodzeniu. Przemieszam je ze świerkami i krzewami. Do przesadzenia mamy jeszcze winogron, który tak pięknie owocuje, że serce rośnie ;) Przesadzić musimy też aronię i jeżyno-malinę. Tak, gdzie obecnie rosną, będzie stawiany domek narzędziowy. Pracy jest sporo. Oby dopisała pogoda.

Odobraziłam się już. Już mi przeszło. No, może jeszcze czasem się denerwuję, gdy widzę miliony pajęczorów, które panoszą się na krzewach gdzie popadnie w ilości przyprawiających o gęsią skórkę, ale.. jest pięknie. Szczególnie w słoneczne dni. Uwielbiam spacerować po wschodniej części ogrodu i wystawiać twarz do słońca. Rok temu jeszcze tego nie czułam, teraz czuję. To moje miejsce... :)))







:)))

piątek, 29 września 2017

Budowlane dylematy czyli jak rzeczywistość weryfikuje plany ;)

    Jeszcze tej jesieni planowaliśmy postawić na wsi narzędziownię. Niestety, remont mieszkania w mieście przeciągnął się niemożebnie, a po jego – prawie – zakończeniu pochorowaliśmy się rodzinnie, więc plany budowy odłożyliśmy na wiosnę. Już dawno temu skończyłam z pędzeniem „na łeb na szyję”. Zdrowie i wewnętrzny spokój są teraz ważniejsze ;)

   Plan jest taki, by najpierw postawić altankę na narzędzia, później do niej przenieść wyposażenie domku i zabrać się za jego rozbiórkę. W domku rozbierać będziemy cały dach i piętro do wysokości parteru, czyli zostaną ściany wysokości ok.2,6 metra.
Ogólny zarys domku pozostanie bez zmian. W chwili obecnej ma kształt prostokątu, więc wystarczy po środku od frontu zbudować ganek i powstanie mały wiejski dworek. Nie będzie to jednak typowy nowoczesny dworek. Nie. Będzie na pewno jedyny w swoim rodzaju, ale tu już mnie znacie i pewnie wiecie ;) J
Pomieszczenia w domu zamienią się miejscami. W miejscu łazienki będzie kuchnia. Teraz łazienka jest ulokowana przy ścianie frontowej domu, a więc od strony lasu. Nie podoba mi się to rozwiązanie, bo nie wykorzystano tego, co najlepsze, czyli zasłonięto widok na las. W ścianie od tej strony jest jedynie maleńkie okienko, bardzo bardzo maleńkie. Przyznam się Wam, że czasem będąc z przyczyn wiadomych w łazience puszczam wodze wyobraźni i buduję wizję kuchni z dużym oknem wychodzącym na drzewa.. Wyobraźnia jednak potrafi być zgubna, ale o tym za chwilę ;)
Łazienka powstanie w obecnej przybudówce, która ciągnie się wzdłuż domku na tyłach budynku. Przybudówka zostanie podzielona na łazienkę, kotłownię i spiżarnię.
Kuchnia pozostanie w tym samym miejscu, tyle że powiększona o obecną łazienkę. Musi być duża, żebyśmy w przyszłości mogli robić w niej przetwory. Musielibyście widzieć moją minę, kiedy zobaczyłam jak mój mąż uciapał naszą białą kuchnię sokiem z winogron, zgrozaaaa!!!! J)) Muszę więc mieć prawdziwną wiejską kuchnię, wyposażoną w odpowiednie blaty, wielki zlewozmywak i z ciemną podłogę z ciapatych kafli ;)
W obecnym salonie pozostanie salon, połączony z jadalnią z okrągłym stołem. W salonie będą drzwi tarasowe i chyba dwa okna.. Chyba, bo zastanawiam się, czy nie zrobić zamiast jednego z nich okna balkonowego, by można było wyjść do ogrodu od innej strony niż frontowa (tu będą drzwi tarasowe). Weranda stanie też raczej z boku domku, a nie z przodu, tak jak planowałam na początku. Dlaczego plan się zmienił? Bo doszłam do wniosku, że gdy zabuduję długim dachem przód domku stracę wiele światła dziennego. Doszłam też do innego wniosku: plany budowy zmieniają się z prędkością światła ;)
Co do okien, tu też mam dylemat. Pierwszy to taki, że z jednej strony lubię symetrię pomieszczeń i pasowałyby mi dwa równe okna (z pięknymi firanami szydełkowymi i ciężkimi zasłonami w kwiaty albo kratę… och..znów mnie ponosi fantazja..to się powinno leczyć ), zaś z drugiej – zawsze marzyłam o angielskim oknie z siedziskiem u dołu i wygodnymi poduchami. Możaby więc wstawić okno angielskie, a drugie balkonowe..ale tu już nie będzie możliwości ustawienia mebli pod oknem i nie będzie symetrycznie.. ;)
Kolejny dylemat dotyczy tego, jakie okna i gdzie zamówić. Szczerze mówiąc przeraża mnie ta odpowiedzialność, bo po raz pierwszy muszę decydować o oknach. Mieszkanie w mieście kupiliśmy w stanie deweloperskim ( w zasadzie gdy je kupiliśmy, nie było jeszcze nawet kamienicy ;) ) i zadecydowano za nas. Okna mamy drewniane, a ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Nie wiem, czy to kwestia tego, że są drewniane, czy po prostu są złej jakości. Okno u Julki mamy mocno uszczerbione i właściwie nie wiadomo dlaczego. Trzeba je co jakiś czas też odświeżać, bo żółkną.
W domku na wsi chciałabym wstawić solidne okna. Zastanawiam się nad VELUX’em, bo to firma z wieloletnią tradycją, a ja do takich mam największe zaufanie. Nie wiem jeszcze jak to wypadnie cenowo, ale na oknach i dachu nie chcemy oszczędzać. W dodatku na pewno będę chciała zamontować z oknami rolety wewnętrzne. Chcę by jedno i drugie było tej samej firmy. Przerabiałam już kilka lepszych i mniej lepszych firm ;) i wydaje mi się, że zamawianie takiego „kompletu” będzie dobrym rozwiązaniem. Na stronie VELUX można znaleźć rolety zaciemniające i dekoracyjne, żaluzje i rolety plisowane, które są nie tylko funkcjonalne, ale też estetyczne i dekoracyjne. Wiem, że firma skupia się na jakości, oferując produkty z szeroką gamą kolorów i wzorów, które gwarantują doskonałe połączenie z oknem dachowym i wystrojem wnętrza. Cóż, będę musiała zobaczyć na żywo. Może Wy macie jakieś doświadczenia? Znacie produkty tej firmy? Jesteście zadowoleni? Wszelkie wskazówki na wagę złota ;)

   Teraz słów kilka o wyobraźni, jak wspomniałam wcześniej.
Planując budowę domu zaczynasz…hmm…od szaleństwa. Z wielkim zapałem mówisz: tu będzie to, tu to, a tamto tam… po czym rzeczywistość weryfikuje Twoje plany w sposób czasem dość brutalny ;) i zapał nieco stygnie. Okazuje się, że tu tego być nie może, bo będzie szambo, a tam tamtego też nie, bo będą rury za długie. To z tamtym też musi koniecznie sąsiadować, bo instalację tak łatwiej położyć.
Plany zatem ulegają zmianie.
Później okazuje się, że musisz się dostosować do kilku przepisów, więc projektujesz jeszcze raz. Metraż się kurczy, a Ty już planujesz sprzedać część mebli, których zwyczajnie nie będzie gdzie postawić ;)
Tym sposobem ja sprzedaję mój wspaniały przedwojenny kredens (tak, muszę, bo za Chiny ludowe mi nigdzie nie wlezie) i indyjską komodę, która jest też za długa. Nie ubolewam jednak, bo w ich miejsce stanie nowe (gdzie tam nowe, stare ze staroci na pewno), więc znów będzie okazja do aranżowania i tworzenia od podstaw.
Co do mebli kuchennych, zdecyduję się chyba na szafki z Ikei. Jakieś fajne czarne albo grafitowe. Połączyłabym je z drobniejszymi mebelkami ze staroci. Z Ikeą jakoś ostatnio bardzo mi po drodze. Meble mnie coraz bardziej zachwycają, ale co ważniejsze – zachwyca mnie jakość. Kupiłam ostatnio szafy, dwie jednakowe, jedną do łazienki, drugą do pokoju Julki. Wyglądają wspaniale, jestem bardzo, bardzo zadowolona J Ale o łazience następnym razem ;)

Póki co robimy porządek w mieszkaniu – po remoncie WSZYSTKO jest brudne – i na działce. Zaraz jedziemy przesadzać drzewka i robić porządki już..o ranyyy… pod budowę J))))) 

Do zobaczenia kochani!! J



Udostępnij