piątek, 17 listopada 2017

Świąteczna rozdawajka - zapraszam :)







Moi drodzy,
tak jak zapowiedziałam, mam dla Was przedświąteczną niespodziankę :)
Wraz z firmą Uwalls, zajmującą się produkcją i sprzedażą fototapet na zamówienie, 
chcę Was zaprosić do udziału w Akcji Podarunkowej
w której do zdobycia będą 
kupony zniżkowe do zrealizowania w sklepie internetowym uwalls.pl 
o wartości 50zł każdy.
Do rozdania mamy aż 10 kuponów!! :)


Akcja trwa już od TERAZ do dnia 5 grudnia 2017r.
Od jutra co dwa dni będę publikować krótki wpis oflagowany powyższym banerem. 
Aby zdobyć kupon zniżkowy, wystarczy wpisać dowolny komentarz pod aktualnym (najnowszym) postem. Co dwa dni spośród osób komentujących będę losować jedną osobę, która otrzyma kupon.
O wylosowanych osobach będę informować na bieżąco w publikowanych postach (już dziś możecie pisać komentarze, a pierwsze losowanie odbędzie się jutro po godzinie 20:00; po wylosowaniu opublikuję wpis z informacją kto otrzymał kupon; po opublikowaniu jutrzejszego postu z tym ogłoszeniem, będzie można dalej komentować, a kolejne losowanie odbędzie się 20 listopada po 20:00..i tak dalej.. do 5 grudnia :) )



Osoba, która otrzyma kupon, będzie proszona o zgłoszenie się do mnie drogą mailową - wówczas prześlę kod zniżkowy, który można wykorzystać składając zamówienie w uwalls.pl (wpisuje się go w okienko "Twój kod promocyjny").

Zachęcam Was do udziału w naszej akcji. W uwalls.pl możecie zamówić piękną fototapetę dostosowaną do Waszych potrzeb i gustów. Znajdzie się też coś dla miłośników plakatów, grafik czy obrazów - można zamówić wybraną grafikę w mniejszym rozmiarze, włożyć ją w ramę i powiesić na ścianie bądź postawić na komodzie :)


* jedna osoba może zdobyć jeden kupon zniżkowy
* kupony ważne do 25 grudnia 2017r.


ZAPRASZAMY!!
★★




poniedziałek, 13 listopada 2017

Zapowiedź niespodzianki

   Na wstępie moi drodzy chcę Was zaprosić do regularnych odwiedzin, bo wraz z jedną z firm szykujemy dla Was miłą przedświąteczną niespodziankę :) Szczegóły jeszcze w tym tygodniu.


   Nadszedł poniedziałek i uświadomiłam sobie, że nie zdążyłam nadrobić zaległości i skończyć kilku zadań. Czasu miałam sporo, ale bóle powypadkowe dały znów boleśnie o sobie znać i przeleżałam weekend relaksując się przy świątecznym (tak...!!) filmowym maratonie.
Dziś już mi lepiej i zabrałam się za to, co mi zaległo ;)

   Czy i Wy już czujecie święta..? Mnie się udzieliło na dobre. W moim domu pachnie już jabłkowo-cynamonową świeczką, a na ścianach tlą się małe światełka w ledowych łańcuchach. Oj chce mi się już...
W pokoju dziennym planuję ostatnią remontową zmianę (ostatnią z tych większych). Chcę wstawić portal kominkowy.
Po rozebraniu ceglanego kominka zyskaliśmy w pokoju miejsce, jednak brakuje nam bardzo klimatu, który tworzył ten jakże niepraktyczny element ;) Brakuje nam w dziennym "tego czegoś", co go wyróżni, uczyni bardziej naszym. Dlatego postanowiliśmy znów wdrożyć w życie projekt "kominek". Wiem, że znajdzie się tu wielu przeciwników atrap i innych biokominków, ale.. prawdziwnego w mieszkaniu w mieście mieć nie mogę, dlaczego więc nie stworzyć czegoś na podobieństwo..? Jak ostatnio napisał mój kolega R. - "nie ważne co by się działo, grunt, by było ładnie" ;))))
Portal kominkowy musiałam zamówić u stolarza. Te dostępne w sprzedaży albo mi się nie podobają, albo są za małe, albo znów za długie... Postawiłam na producenta z okolic mojego miasta. W niedzielę prawdopodobnie odbiorę kominek. Będę go sama malować, by idealnie wpasował się w dzienny. Nad portalem powieszę lustro.

Przy okazji planowania zmian wpadłam na pomysł, by tym razem pokazać się Wam z nieco.. szerszej perspektywy ;) Być może już niedługo pomacham Wam z ekranu, tak bardziej...osobiście ;)))

   Uciekam do zaległościowego nadrabiania ;) a Wam życzę szczęśliwego zakończenia 13-go i wspaniałego początku tygodnia!!

♥♥

niedziela, 5 listopada 2017

Sposób na zdjęcia

   Nie starcza mi doby. To chwilowy stan, bo mam wyjątkowo bardzo, bardzo dużo na głowie. Oprócz pracy, studiów i zwyczajnej codzienności zajmuje mnie praca nad kolejnym reportażem. Powolutku kończę, jednak to nie koniec wyzwań ;)
 Podjęłam się zadania wykonania dekoracji ślubnych w stylu lat 20-tych dla znajomej. To mój pierwszy raz, ale czuję się zaszczycona, że zaufano mi na tyle, by właśnie mnie powierzyć wykonanie dekoracji. "Tylko ty zrobisz to idealnie. Z twoim poczuciem smaku.." - po usłyszeniu tych słów uznałam, że obdarzono mnie wielkim kredytem zaufania i mam nadzieję, że podołam ;)



   W wolnych chwilach relaksuję się handmade'owo. Ostatnio wykonałam gwiazdę, teraz przyszła kolej na stworzenie oprawy dla ulubionych zdjęć. Do tego celu wykorzystałam stare mocowanie do gobelinu, które znalazłam w domku na wsi. Wystarczyło zwiesić z niego nitki i przypiąć do nich zdjęcia za pomocą maleńkich klamerek. Żeby zdjęcia utrzymać w klimacie retro, poprosiłam w drukarni o obcięcie rogów. To prosty i niedrogi sposób na udekorowanie ściany. Może i Was zainspiruję...?? ;)






















W pracy miałam kilka dni wolnego, nadrobiłam więc zaległości. W końcu udało się nam przykleić drugą rozetę nad lampą w kuchni..










   Dziś ostatni dzień wolnego. Startuję do kuchni. Mam ochotę na mięsko w ziołach. Może coś upiekę...
Wam kochani życzę wspaniałej i słonecznej - jak u mnie - niedzieli :)))
♥♥

sobota, 28 października 2017

Gwiezdny pył

   Kilka dni temu oglądając telewizję - co zdarza mi się rzadko - trafiłam na program "Pomysłowe domy". Rany, jakie wnętrza tu prezentują..!!!! Oglądałam z zapartym tchem, kodując w głowie smaki, pomysły, klimaty, detale.. To było akurat francuska wersja, więc wnętrza, które pokazano, były bardzo, ale to Bardzo w moim guście. Każde udekorowane targowymi znaleziskami, elementami nadszarpniętymi zębem czasu, a zarazem eleganckie, kunsztowne, niepowtarzalne. Wspaniałe!!
Obraz jednego z domów tak bardzo wpisał mi się w pamięć, że zapragnęłam zobaczyć jego wnętrza raz jeszcze. Powtórka programu emitowana była dnia następnego o - bagatela - pierwszej w nocy. Co zrobiłam..?? Oczywiste!! Nie ważne, że byłam zmęczona po kilkudniowym maratonie (praca-obowiązki-praca-zamówienia-praca-studia..) - nastawiłam budzik i obejrzałam raz jeszcze.Tak, wiem..jestem szalona... O nie nie..zaleciało mi tu jakimś mało lubianym "hitem" - niech będzie raczej: jestem niespełna rozumu ;))) Jeśli coś mi się naprawdę spodoba - nie ma "zmiłuj się" ;)

Lubię czerpać inspiracje. Po obejrzeniu programu zdałam sobie sprawę, że w prezentowanych wnętrzach jest to, czego mi brakuje jeszcze w moim poremontowym mieszkaniu - dodatków. Mnóstwa dodatków, tworzących nastrój. Nie dla mnie wnętrza minimalistyczne. Nie odnajduję się w nich, dlatego sukcesywnie ocieplam dzienny i pozostałe wnętrza..

Coraz bardziej inspirują mnie wnętrza norweskie, duńskie, ale takie z elementami w starym stylu. Bardzo podoba mi się, jak mieszkańcy Skandynawii ozdabiają mieszkania surowymi, rustykalnymi drobiazgami. Jak łączą elegancką sztukaterię i zimny kryształ z ciepłym drewnem, futrzanymi tekstyliami i starymi meblami, świecznikami, lustrami... W kwestii połączeń starego z nowym są mistrzami. Podobnie zresztą jak Francuzi.
Chcę, by moje mieszkanie było kwintesencją elegancji i stylu vintage. By było jasne, ciepłe i jedyne w swoim rodzaju. I by było zupełnie inne niż dom na wsi, bo posiadanie dwóch jednakowych domów byłoby moim zdaniem zupełnie bez sensu.


Dziś stworzyłam coś, co podpatrzyłam we wnętrzach, które tak bardzo mnie zachwycają - dużą gwiazdę z patyków. Do jej wykonania użyłam zdrewniałych łodyg żywopłotu, który ostatnio wyrzuciliśmy. Poza patykami potrzebny był jedynie czarny drucik. Po połączeniu badylków oplotłam je sznurem ledowych światełek. Gwiazda jest dość surowa, nie przeszkadza mi więc wiszący u dołu zasilacz..











Wreszcie udało nam się wykończyć przedpokój. Teraz jedynie drzwi wejściowe tu nie pasują - to jedyne drzwi w brązowym kolorze. Są okropnie brzydkie, dlatego nigdy ich nie pokazuję ;) Miałam wymienić je w zimie, ale nie wiem, czy uda się to zrobić, bo samochód woła o pomstę.. ;)














Cudownie tu wracać. Cudownie........................................
;)

środa, 11 października 2017

Mam chore dziecko w domu i

..dziesiątki ciężkich dni za sobą.
Zaczęła się jesień, więc spełniamy normę i chorujemy. My z mężem już odbębniliśmy swoje - grypa jesienno-zimowa zaliczona. Teraz przyszła pora na najmłodsze. Moje dziecię leży pod ciepłym kocem, z zapaleniem gardła, gorączką i pluszową sową pod pachą.
   Rano pobiegłam do sklepu po bułki. Jestem mocno niedospana, bo nie dość, że trzeba było do nocy okładami zwalczać gorączkę, to jeszcze - każda mama to wie - chore dziecko = spełnianie zachcianek ;) Przed wyjściem z domu na prędce się ubrałam, przeczesałam włosy (uczesaniem tego nazwać nie można..), domalowałam jedno oko i posmarowałam maścią "zimno" na ustach. Stanęłam przed lustrem i popoprawiałam to i owo. Poprawiałam długo, by wyglądałam jakbym przebiegła maraton. Kiedy już miałam uznać, że nie ma tragedii i mogę wyjść z domu, zorientowałam się, że bluzkę założyłam na lewą stronę. Przebrałam, przygładziłam się, przyklepałam, po czym stwierdziłam: "to i tak nic nie da, idźże już....".
W duchu się modliłam, by nie spotkać znajomej, którą niedawno spotkałam w markecie. To był wieczór. Z mężem wpadliśmy zrobić zakupy. Mieliśmy na ich zrobienie jakieś 30 minut, bo tyle sechł klej do płytek. Byliśmy akurat w ferworze prac remontowych, pomiędzy kładzeniem kafli a malowaniem ścian. Normalne, że nie miałam akurat makijażu, ani nie biegałam na obcasach. Wrzuciłam na siebie to, co zdołałam dosięgnąć, bo całe wyposażenie szaf i łazienki leżało zakopane w pokoju Julki, za umywalką, brodzikiem i wc-miską. Nieszczęśliwie natknęłam się na dawno nie widzianą znajomą, która widząc mnie "taką" uznała, że wyglądam strasznie, niezdrowo, staro i do tego przestałam o siebie dbać..więc się o mnie martwi..no i rzecz jasna..jestem pewnie nieszczęśliwa.
Hmm... Nie chciało mi się już tłumaczyć, że "jak mam wyglądać, skoro od 4 tygodni remontujemy łazienkę, od tygodnia myję się w misce i nie mam toalety, a o rozstawieniu deski do prasowania to mogę już w ogóle pomarzyć..". Przemilczałam więc komentarze, wiedząc, że nie ma sensu się tłumaczyć, bo i tak pewnie myśli, że coś ze mną nie tak ;)
Tak się składa, że w remoncie łazienki miał nam pomóc fachowiec, ale gdy zorientowaliśmy się, że chce nas trochę.."wyrolować"... postanowiliśmy zrobić wszystko sami. W położeniu płytek za prysznicem i na kawałku ściany oraz podłogi pomógł nam szwagier, jednak w trosce o jego chory kręgosłup za resztę roboty zabraliśmy się w dwójkę. Mąż przerabiał rurki, a ja kleiłam płytki. On kleił podłogę, a ja robiłam fugi. Kiedy pojechał do marketu budowlanego, pomalowałam ściany i sufit. Z metra cięta jestem, więc kiedy zaciaprałam płytki przy suficie nad prysznicem, musiałam zbudować maczugę z kija do mopa, gumek recepturek i starych koszulek Julki, ze szmatką na końcu, by to zmyć. I choć chcieliśmy wszystko zrobić szybko, nie wyszło. Remont przeciągał się w nieskończoność, a ja tęskniłam już nie za wytwornymi wnętrzami, ale za zwyczajną możliwością umycia się przy umywalce, czy możliwości położenia spać w nieskazitelnie czystej pościeli.

Domalowałam więc rano trochę urody i wyszłam do sklepu. Czułam, że wyglądam, jakby po mnie przejechał czołg. Po drodze mijam faceta w średnim wieku. Wygląda na takiego, który stoi pod sklepem i prosi o pieniądze. Nie o jedzenie, lecz o pieniądze. W duchu myślę sobie, niech mnie tylko zaczepi. Niech no tylko słowo.. Już ja mu powiem!! Że jestem o połowę młodszą od niego kobietą, a pracuję ciężko jak wół, by się utrzymać. Że nigdy nie śmiałam narzekać, że muszę dużo pracować, wręcz zawsze czułam taki obowiązek. Że do wszystkiego dochodziłam sama, poświęceniem i wyrzeczeniami. Że żadnej - prawie - pracy się nie boję. O, zdarzało się na przykład, że dawniej dorabiałam malując pokoje bogaczy, którzy nie raz nie dwa traktowali mnie z wyższością, nie raz czułam się poniżona..ale zaciskałam zęby, uśmiechałam się grzecznie i pracowałam. Że.... że.. sama tynkuję ściany, stawiam płoty, bo to nie ujma na honorze. Nie dla mnie. Że chłop zamiast stać i prosić, powinien zgłosić się do jakiegoś urzędu i nająć do prac przy odgruzowywaniu miasta po nawałnicy - codziennie pokonuję drogę do pracy, wiodącą przez park, w którym runęło wiele drzew, a gałęzie powalone na ścieżkach uniemożliwiają przejście, więc zatapiam obcasy w błocie, omijając chodniki..
Nie lubię leniwców. Bo najlepiej jest usiąść i narzekać, że się nie ma..że jest ciężko. Niestety, bez chęci i działania nic się w życiu nie osiągnie. No, chyba że dostanie się dom i pieniądze od rodziców, tudzież dziadków. Ja nie dostałam. Oboje na wszystko, co dziś mamy, pracowaliśmy ciężko. Może właśnie dlatego tak kocham wszystko co mam, a wracając z podróży do domu, całuję jego ściany.... ;)))

   Et voila, jaki post mi wyszedł... Doznałam słowo..nie, nie słowo.. myślotoku...ale moim celem było pokazanie, że jestem normalną babką. Nie cyborgiem, który o każdej porze dnia i nocy ma umalowane usta i odprasowane na blachę ciuchy i po mięso biega w szpilach. Jestem kobietą, która nie boi się ciężkiej pracy i nie boi się ubrudzić. Jeśli miałabym odpowiedzieć, co w sobie lubię, to właśnie to - ten luz, to, że nie przejmuję się ani grama tym, co o mnie myślą inni.
Wywnętrzyłam się troszkę, ale to dlatego, że jesteście moimi czytelnikami i z tego powodu jesteście mi drodzy. Chcę, byście mogli mnie poznać, byście przekonali się, że jestem normalnym człowiekiem. Nie jestem żoną zarabiającego faceta, która chodzi i pachnie, ale babką, która sama ciężko pracuje, zarabia, niejednokrotnie ratując domowy budżet. Szanuję nie tylko ludzi, ale i pieniądze. Dlatego nie miejcie mi za złe, że czasem pojawi się tu jakaś forma współpracy, dzięki której wpadnie mi jakiś grosz. Nie decyduję się na to dlatego, że wciąż mi mało, ale dlatego, że czasem potrzebuję gotówki, by nie obciążać finansów domowych finansów swoimi pasjami. A jeśli podejmuję współpracę z daną firmą to tylko wówczas, gdy jego idea do mnie przemawia, mam zaufanie do właścicieli i tylko wtedy, gdy tego chcę i akurat potrzebuję.
Wiem, że jesteście fantastycznymi ludźmi, pełnymi zrozumienia i że odbieracie na tych samych falach co ja. Wszak dlatego "mnie" czytacie. Bądźcie ze mną, pełni zaufania, wspierający i dzielący się swoimi doświadczeniami, radościami, wzlotami i upadkami. A ja będę dla Was. Bo jestem normalnym człowiekiem, któremu czasami się coś w życiu udaje, ale który przeszedł też przez wiele przeszkód w życiu i musiał stoczyć niejedną bitwę, walkę, wojnę. To jednak nigdy, ale to nigdy nie zdjęło uśmiechu z mojej twarzy. Dla mnie szklanka jest Zawsze do połowy pełna, ot, moja dywiza życiowa ;)))))))))



   Dziś jestem mamą na zwolnieniu i dogadzam. Na obiad będą naleśniki z czekoladą i bananami.
Później zrobię kilka pstryków z łazienki. Zastanawiam się nad położeniem w niej tapety, którą mam w szafie, a którą miałam kłaść w korytarzu. Łazienka jest dla mnie za mało charakterna. Piję kawę i trawię to ;)

Życzę Wam dobrego dnia i zdrowia, nie dajcie się jesieni...!! "*




poniedziałek, 9 października 2017

Zmiany, zmiany, zmiany...

   Witajcie!!
Bardzo Wam dziękuję za rady dotyczące ogrodu. Wszystkie cenne wskazówki notuję w specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie. Piszecie o swoich tegorocznych doświadczeniach i pociesza mnie fakt, że nie wszystkie porażki były spowodowane popełnianymi przeze mnie błędami ;)
Nie poddaję się. Nauczę się i ja ;)

   U mnie zmiany. Od kilku dni pracuję na nowym stanowisku - pedagoga specjalnego. Podjęłam kolejne studia, więc na brak zajęć w tym roku narzekać raczej nie będę ;) Na pewno będzie okazja by poznać nowych ludzi, którzy zawsze stanowią dla mnie inspirację, w różnych aspektach życia. O właśnie, a propos ludzi..
Wczoraj wreszcie udało mi się spotkać z jedną z blogerek - Janiną, piszącą blog Moje chwile wytchnienia. Z Janiną znałyśmy się wirtualnie od jakiegoś czasu, ale nie było okazji, by spotkać się osobiście, choć dzieli nas zaledwie kilkanaście kilometrów.
Wpadliśmy do Janiny rodzinnie i tylko na kawkę, na chwilę...ale okazało się, że tak nam było dobrze, że zasiedzieliśmy się do późnego wieczora. Znów miałam szczęście poznać wspaniałych, ciepłych ludzi, o podobnych poglądach, podobnym sposobie patrzenia na świat i systemie wartości. Po powrocie do domu stwierdziłam w duchu, że fakt, że oprócz mamy właściwie nie mam bliskiej rodziny, wynagradzają mi znajomi. Często starsi ode mnie o kilkanaście-kilkadziesiąt lat, ale duchem i sercem tak podobni, że adoptuję ich z całym życiowym arsenałem i traktuję jak własną, najwłaśniejszą rodzinę.
Janina wyposażyła mnie na odchodne we wspaniałości zamknięte w słoiczkach i w swojski, pieczony chleb. Pieczony na jarmużu. Nie dość, że pyszny, to jeszcze piękny!!
Z chęcią zaczęłabym sama wypiekać chleb. To, co oferują sklepy, przeraża mnie i skutecznie zniechęca do zakupu :/ Mam nadzieję, że nie zabraknie mi na to czasu. Zamknęłam już remont mieszkania, więc powoli wracam do normalnego rytmu dnia. Jestem jednak zmęczona. Bardzo zmęczona.. W moim życiu w ciągu ostatnich dwóch lat działo się bardzo dużo. Musiałam się zmierzyć nie tylko z remontem, ale i z innymi sprawami... Teraz czuję, że muszę zwolnić. Odpocząć. Dać sobie czas na wszystko. Na obowiązki, planowanie, na codzienność, pasje. Odpuściłam sobie na razie lekcje pianina, głównie z uwagi na studia. Będę jednak chciała kontynuować naukę, bo idzie mi to naprawdę dobrze. Złapałam się na tym, że kiedy jest mi smutno, siadam i zaczynam grać. Doskonała terapia, naprawdę.. :)))

   Na prośbę kilku z Was prezentuję dziś bliżej obrazy, które namalowałam w ostatnim czasie. Oprócz pejzaży powstała też abstrakcja, która miała nawiązać do wzoru nowego pufa (aaaach...jak ja lubię słowo "puf" :))) ). Naciaprałam farbami po kartce, poskładałam, odbiłam, przyklepałam, a na końcu wysuszyłam I włożyłam w ramę.. ;)












   Mam nadzieję, że po weekendzie macie więcej energii niż ja ;) Za mną bardzo ciężkie dwa dni. Dziś chwilę jeszcze popiszę i zasiadam na kanapie z książką. Czytam "Kaznodzieję" C.Lackeberg. Miałam przeczytać już dawno...ale ten remont..  Idę zaparzyć herbatę. Życzę Wam dobrego początku tygodnia!! :*

poniedziałek, 2 października 2017

Psychoza początkującego ogrodnika czyli jak ogrodować by nie zwariować

   Pod koniec lata obraziłam się na ogród. Doszłam do wniosku, że uprawianie go to katorżnicza praca, która zupełnie, ale to zupełnie nie ma sensu. Zupełna katastrofa, klapa kompletna i jakaś pomylona pomyłka. Ale od początku...
Zaczęło się od tego, że posiałam warzywa, między innymi: marchew, pietruszkę, koper, buraki, cebulę, brukselkę, pomidory. Wszystko oczywiście siałam zgodnie ze wskazówkami wyczytanymi w mądrych magazynach ogrodniczych, biorąc pod uwagę to, które warzywa z którymi lubią sąsiadować, a które których nie lubią. Ale się cieszyłam z tego warzywnika!! Biegałam wokół wschodzących pyszności, nie mogąc się doczekać plonów.
Pod koniec lata okazało się, że mam całkiem fajną marchew i buraczki, ale: pietrucha nie urosła wcale, koper to już w ogóle, cebula mikra jak ziarnka grochu, brukselkę zżarły mi jakieś gąsienice (rety, ile było tego tałatajstwa!!), a pomidory w sierpniu - podobno - zjadła mi jakaś bliżej nie określona Zaraza.
Zezłościłam się. Nic to jednak, pomyślałam. Wezmę się za uprawę ziół.
W ogrodzie rośnie stary lubczyk, który został tu po pani Mariannie. Gdy kupiliśmy działkę, był ogromny i zdrowiusieńki. W tym roku zaczął mi usychać. Liście zrobiły się ciapate i brzydkie. Kiedy już nawet nie było co zerwać do rosołu, postanowiłam, że zetnę go przy ziemi i poczekam, aż odbije. I wtedy...........
COŚ TAKIEGO MOGŁO SIĘ PRZYTRAFIĆ TYLKO MNIE.
Kiedy schyliłam się ścinając lubczyk, poczułam okropny fetor. Zapach mnie powalił i pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy była taka, że na pewno jakiś zwierz załatwił się w moim lubczyku. Niestety, wyrok był gorszy. Pośród gałązek znalazłam grzyb, na którego widok zrobiło mi się słabo, a obiad pochłonięty po południu przemieścił się niebezpiecznie w kierunku mojego przełyku. Grzyb ów przypominał...hmmm...yyyyy......................ok..może wyguglajcie sobie sami ;))))) Nazwa tego cuda to mądziak malinowy. W domu wyczytałam, że spotykany jest zaledwie w ok.czterdziestu miejscach w Polsce. WOW. Czuję się wyróżniona...!! O retyyyyyyyy.........
Grzyb ten pomimo tego, że przypomina to co przypomina ;) przeokropnie pachnie, a tym zapachem zwabia padlinożerne zwierzęta.
Wykopaliśmy eksponat wraz z kawałkiem ziemi wokół, co by się to to nie rozmnożyło i modlimy się, by więcej nie musieć oglądać tego w naszym ogrodzie. AMEN.

   Kolejną plagą po zżarciu warzyw i ziół były robaczki. Małe, czarne robaczki, które pojawiły się również w sierpniu. Obsiadły bukszpan tak gęsto, że na ich widok przechodziły dreszcze. A już w ogóle wspaniały efekt był wtedy, gdy pod bukszpanem postawiłam biały stół. W ciągu kilku minut blat zrobił się czarny, bo zasiadły na nim miliony czarnych, półcentymetrowych paskud. Zrobiłam obchód po sąsiadach pytając, czy nie wiedzą co to jest, ale nie wiedzieli. Z obchodu był jeden pożytek - poznałam nową sympatyczną sąsiadkę, która uraczyła mnie garścią borówek :)
Żeby wiedzieć z czym walczyć (bo przecież to latajstwo zje mi cały żywopłot!!), postanowiłam, że nałapię ich trochę do słoiczka i podjadę z nimi do ogrodnika. Popytam.
Nałapałam do słoiczka.
Sytuacja ta zainspirowała mnie do napisania tego postu, bo tak się składa, że dwa dni temu przypomniało mi się, że w sierpniu nałapałam przecież tych robali..a słoik nadal gdzieś w aucie...gwałtu rety!!!!!!!!!!!!!!! ;)))))))))))))

   Z końcem lata obraziłam się na ogród. Bo biegam, przycinam, pryskam przeciw grzybowi, skubię chore liście, plewię...a wszystko jakieś takie mikre, coraz słabsze. Wszystko brzydkie i wyglądające bynajmniej nie zdrowo. Strzeliłam rasowego focha i przestałam zajmować się uprawą. Brukselkę wyrzuciliśmy, wykopaliśmy wszystko, co nie chciało rosnąć, a zioła zostawiłam same sobie. Niech tak sobie schną, marnieją i niech im się robią ciapki. Mam dość.
   Po ok. miesiącu (akurat intensywnie pracowaliśmy nad remontem w mieszkaniu) pojechaliśmy na wieś. Warzywa piękne, dorodne. Zioła, choć niby pozostawione same sobie i nie pielęgnowane, są piękne, gęste i zdrowe. Doszłam do wniosku, że im mniej koło nich chodziłam, tym są ładniejsze. DZIWNE. Ale to pewnie nie ostatnia rzecz, która mnie zaskoczy w ogrodzie ;)


   Kilka dni temu posadziliśmy kilka tujek przy ogrodzeniu. Przemieszam je ze świerkami i krzewami. Do przesadzenia mamy jeszcze winogron, który tak pięknie owocuje, że serce rośnie ;) Przesadzić musimy też aronię i jeżyno-malinę. Tak, gdzie obecnie rosną, będzie stawiany domek narzędziowy. Pracy jest sporo. Oby dopisała pogoda.

Odobraziłam się już. Już mi przeszło. No, może jeszcze czasem się denerwuję, gdy widzę miliony pajęczorów, które panoszą się na krzewach gdzie popadnie w ilości przyprawiających o gęsią skórkę, ale.. jest pięknie. Szczególnie w słoneczne dni. Uwielbiam spacerować po wschodniej części ogrodu i wystawiać twarz do słońca. Rok temu jeszcze tego nie czułam, teraz czuję. To moje miejsce... :)))







:)))

piątek, 29 września 2017

Budowlane dylematy czyli jak rzeczywistość weryfikuje plany ;)

    Jeszcze tej jesieni planowaliśmy postawić na wsi narzędziownię. Niestety, remont mieszkania w mieście przeciągnął się niemożebnie, a po jego – prawie – zakończeniu pochorowaliśmy się rodzinnie, więc plany budowy odłożyliśmy na wiosnę. Już dawno temu skończyłam z pędzeniem „na łeb na szyję”. Zdrowie i wewnętrzny spokój są teraz ważniejsze ;)

   Plan jest taki, by najpierw postawić altankę na narzędzia, później do niej przenieść wyposażenie domku i zabrać się za jego rozbiórkę. W domku rozbierać będziemy cały dach i piętro do wysokości parteru, czyli zostaną ściany wysokości ok.2,6 metra.
Ogólny zarys domku pozostanie bez zmian. W chwili obecnej ma kształt prostokątu, więc wystarczy po środku od frontu zbudować ganek i powstanie mały wiejski dworek. Nie będzie to jednak typowy nowoczesny dworek. Nie. Będzie na pewno jedyny w swoim rodzaju, ale tu już mnie znacie i pewnie wiecie ;) J
Pomieszczenia w domu zamienią się miejscami. W miejscu łazienki będzie kuchnia. Teraz łazienka jest ulokowana przy ścianie frontowej domu, a więc od strony lasu. Nie podoba mi się to rozwiązanie, bo nie wykorzystano tego, co najlepsze, czyli zasłonięto widok na las. W ścianie od tej strony jest jedynie maleńkie okienko, bardzo bardzo maleńkie. Przyznam się Wam, że czasem będąc z przyczyn wiadomych w łazience puszczam wodze wyobraźni i buduję wizję kuchni z dużym oknem wychodzącym na drzewa.. Wyobraźnia jednak potrafi być zgubna, ale o tym za chwilę ;)
Łazienka powstanie w obecnej przybudówce, która ciągnie się wzdłuż domku na tyłach budynku. Przybudówka zostanie podzielona na łazienkę, kotłownię i spiżarnię.
Kuchnia pozostanie w tym samym miejscu, tyle że powiększona o obecną łazienkę. Musi być duża, żebyśmy w przyszłości mogli robić w niej przetwory. Musielibyście widzieć moją minę, kiedy zobaczyłam jak mój mąż uciapał naszą białą kuchnię sokiem z winogron, zgrozaaaa!!!! J)) Muszę więc mieć prawdziwną wiejską kuchnię, wyposażoną w odpowiednie blaty, wielki zlewozmywak i z ciemną podłogę z ciapatych kafli ;)
W obecnym salonie pozostanie salon, połączony z jadalnią z okrągłym stołem. W salonie będą drzwi tarasowe i chyba dwa okna.. Chyba, bo zastanawiam się, czy nie zrobić zamiast jednego z nich okna balkonowego, by można było wyjść do ogrodu od innej strony niż frontowa (tu będą drzwi tarasowe). Weranda stanie też raczej z boku domku, a nie z przodu, tak jak planowałam na początku. Dlaczego plan się zmienił? Bo doszłam do wniosku, że gdy zabuduję długim dachem przód domku stracę wiele światła dziennego. Doszłam też do innego wniosku: plany budowy zmieniają się z prędkością światła ;)
Co do okien, tu też mam dylemat. Pierwszy to taki, że z jednej strony lubię symetrię pomieszczeń i pasowałyby mi dwa równe okna (z pięknymi firanami szydełkowymi i ciężkimi zasłonami w kwiaty albo kratę… och..znów mnie ponosi fantazja..to się powinno leczyć ), zaś z drugiej – zawsze marzyłam o angielskim oknie z siedziskiem u dołu i wygodnymi poduchami. Możaby więc wstawić okno angielskie, a drugie balkonowe..ale tu już nie będzie możliwości ustawienia mebli pod oknem i nie będzie symetrycznie.. ;)
Kolejny dylemat dotyczy tego, jakie okna i gdzie zamówić. Szczerze mówiąc przeraża mnie ta odpowiedzialność, bo po raz pierwszy muszę decydować o oknach. Mieszkanie w mieście kupiliśmy w stanie deweloperskim ( w zasadzie gdy je kupiliśmy, nie było jeszcze nawet kamienicy ;) ) i zadecydowano za nas. Okna mamy drewniane, a ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Nie wiem, czy to kwestia tego, że są drewniane, czy po prostu są złej jakości. Okno u Julki mamy mocno uszczerbione i właściwie nie wiadomo dlaczego. Trzeba je co jakiś czas też odświeżać, bo żółkną.
W domku na wsi chciałabym wstawić solidne okna. Zastanawiam się nad VELUX’em, bo to firma z wieloletnią tradycją, a ja do takich mam największe zaufanie. Nie wiem jeszcze jak to wypadnie cenowo, ale na oknach i dachu nie chcemy oszczędzać. W dodatku na pewno będę chciała zamontować z oknami rolety wewnętrzne. Chcę by jedno i drugie było tej samej firmy. Przerabiałam już kilka lepszych i mniej lepszych firm ;) i wydaje mi się, że zamawianie takiego „kompletu” będzie dobrym rozwiązaniem. Na stronie VELUX można znaleźć rolety zaciemniające i dekoracyjne, żaluzje i rolety plisowane, które są nie tylko funkcjonalne, ale też estetyczne i dekoracyjne. Wiem, że firma skupia się na jakości, oferując produkty z szeroką gamą kolorów i wzorów, które gwarantują doskonałe połączenie z oknem dachowym i wystrojem wnętrza. Cóż, będę musiała zobaczyć na żywo. Może Wy macie jakieś doświadczenia? Znacie produkty tej firmy? Jesteście zadowoleni? Wszelkie wskazówki na wagę złota ;)

   Teraz słów kilka o wyobraźni, jak wspomniałam wcześniej.
Planując budowę domu zaczynasz…hmm…od szaleństwa. Z wielkim zapałem mówisz: tu będzie to, tu to, a tamto tam… po czym rzeczywistość weryfikuje Twoje plany w sposób czasem dość brutalny ;) i zapał nieco stygnie. Okazuje się, że tu tego być nie może, bo będzie szambo, a tam tamtego też nie, bo będą rury za długie. To z tamtym też musi koniecznie sąsiadować, bo instalację tak łatwiej położyć.
Plany zatem ulegają zmianie.
Później okazuje się, że musisz się dostosować do kilku przepisów, więc projektujesz jeszcze raz. Metraż się kurczy, a Ty już planujesz sprzedać część mebli, których zwyczajnie nie będzie gdzie postawić ;)
Tym sposobem ja sprzedaję mój wspaniały przedwojenny kredens (tak, muszę, bo za Chiny ludowe mi nigdzie nie wlezie) i indyjską komodę, która jest też za długa. Nie ubolewam jednak, bo w ich miejsce stanie nowe (gdzie tam nowe, stare ze staroci na pewno), więc znów będzie okazja do aranżowania i tworzenia od podstaw.
Co do mebli kuchennych, zdecyduję się chyba na szafki z Ikei. Jakieś fajne czarne albo grafitowe. Połączyłabym je z drobniejszymi mebelkami ze staroci. Z Ikeą jakoś ostatnio bardzo mi po drodze. Meble mnie coraz bardziej zachwycają, ale co ważniejsze – zachwyca mnie jakość. Kupiłam ostatnio szafy, dwie jednakowe, jedną do łazienki, drugą do pokoju Julki. Wyglądają wspaniale, jestem bardzo, bardzo zadowolona J Ale o łazience następnym razem ;)

Póki co robimy porządek w mieszkaniu – po remoncie WSZYSTKO jest brudne – i na działce. Zaraz jedziemy przesadzać drzewka i robić porządki już..o ranyyy… pod budowę J))))) 

Do zobaczenia kochani!! J



wtorek, 26 września 2017

Tapeta "na tapecie"

  No i nastała jesień. Długo mnie tu nie było. W międzyczasie postarzałam się o rok, postarzał się też mój blog, który liczy już 8 lat, osiem CUDOWNYCH LAT :)))

   Po zakończeniu prac remontowych rozchorowałam się przeokropnie. Doszłam do wniosku, że muszę choróbsko wyleżeć, więc zrobiłam sobie mały urlop od wszystkiego. Po powrocie do zdrowia zachorował mój aparat. Właściwie okazało się, że to drobnostka (problem przy podłączeniu obiektywu), stąd dłuższa przerwa w blogowaniu. Jestem już jednak cała i zdrowa, mój sprzęt również, tak więc zasypię Was teraz relacjami z ostatnich poczynań ;)

   Remont całego mieszkania prawie skończony. Prawie, bo zostały do wstawienia drzwi, które - bagatela - firma miała nam wstawić już półtora miesiąca temu :/ Chyba powinnam zacząć się przyzwyczajać do tych poślizgów.. biorąc pod uwagę fakt, że przed nami budowa...
Bardzo, ale to bardzo chciałam Wam pokazać jak wygląda nasz korytarz po remoncie, jednak muszę się wstrzymać jeszcze kilka dni, bo za tych kilka dni mam mieć już drzwi (podobno wiara czyni cuda, więc Wierzę). Teraz korytarz niestety nie wygląda, bo stare drewnopodobne drzwi pasują do niego jak wół do karety. Ale nic to, tym podzielę się później.
   Póki co chcę się podzielić z Wami moimi perypetiami związanymi z tapetami w dziennym ;)
Otóż jak wiecie, do niedawna na naszych ścianach gościła tapetka imitująca białą boazerię. Na zdjęciach tego nie pokazywałam, ale tapetą wykleiłam 2,5 ściany. Na kawałek ściany (ok.2 metry) tapety mi zabrakło. Z racji tego, że byliśmy w trakcie remontu, postanowiłam że domówię tapetę na spokojnie po wykonaniu ważniejszych prac. Los - jak zwykle zresztą - przebiegle zweryfikował moje plany ;)
Żeby móc domówić tapetę, zostawiłam w kartonie opakowanie z etykietą, na której widniał numer partii produkcyjnej. Zajrzałam do kartonu - folii brak. Okazało się, że mój mąż wyrzucił folię myśląc, że to jakiś poremontowy śmieć. Niestety, nie mogłam domówić jednej rolki tapety, bo nie dobrałabym idealnie jej odcienia (taką informację otrzymałam w sklepie). Trzeba było całość zdjąć i kłaść nową ;)
Na szczęście zdjęcie tapety poszło jak z płatka. Pas po pasie usunęłam ją w kilka minut, a po tapecie czy kleju nie został nawet ślad. Moja mama przyjęła tę relację z niedowierzaniem, mając w pamięci tapety, których bez nawodnienia całego pokoju zdjąć zwyczajnie nie szło, a żeby je przykleić potrzebny był tłum ludzi i setki metrów powierzchni podłogi (informacja dla młodszych czytelników: tapetę rozkładało się w całości na podłodze, smarowało papier - najlepiej w dwie osoby - po czym niezłocznie, bardzo niezwłocznie trzeba było ją nanieść na ścianę, przy czym i tak nie było gwarancji, że tapetowanie się powiedzie ;) ).
Kiedy miałam zamawiać tapetę, postanowiłam, że - skoro już kładę wszystko na nowo - wypróbuję inny wzór. Tym razem przeszukałam zasoby strony kolorowo.com.pl, która oferuje wiele fantastycznych wzorów. Jak zwykle miałam dylemat co wybrać, chcąc, by moje wnętrza utrzymane były w mieszance stylów skandynawskiego i klasycznego. Piszę "wnętrza", bo postanowiłam, że od razu zamówię tapetę do korytarza. Niedawno malowałam ściany, jednak podczas skuwania kafli w sąsiadującej łazience pękła mi w poprzek cała ściana :/ Nie mam już sił na robienie jej od nowa, z siatkami, tynkami etc., położę więc tapetę na wysokości lamperii, podobnie jak w dziennym.
Spośród setek wzorów wybrałam deseń ornamentowy, nie nazbyt elegancki, utrzymany w stylu shabby. W pokoju położyłam tapetę w odcieniu szarości i łamanej bieli, a do korytarza wybrałam ten sam wzór, tylko w kolorystyce beżowej, by pasował do drewnianych ram ze zdjęciami.
Nową tapetę położyłam w sekund pięć i znów okazała się strzałem w dziesiątkę. Jest to tapeta winylowa na flizelinie. Będzie można ją zdjąć bez namaczania. Jest miła w dotyku, matowa i cudownie ociepla wnętrze, jestem bardzo zadowolona, z czystym sumieniem polecam kolekcję (Belleville, Rash).

   Pokój dzienny znów ciut się zmienił. Kupiłam nową lampę w trosce o mężową głowę (w poprzednią uderzył tyle razy, że zaczęłam się martwić), a kilka dni temu upolowałam w Biedronce cudny łaciaty puf, który bywa cichaczem podprowadzany do pokoju obok ;) Z wyprzedaży przytargałam też wymarzony okrągły stół, który po przebudowie stanie w leśnej chacie. Biały stół, który stał tu poprzednio, był potrzebny we wsiowej kuchni.
Na kanapę rzuciłam kilka ikeowych poduch z gniecionego lnu. Na oparciu wisi ciepły pled. W słoiczkach czekają świece. Jestem gotowa na jesień :)))


Tapeta z kolekcji Belleville firmy Rash; www.kolorowo.com.pl










W końcu doczekałam się ukochanej witryny ;) Zbierałam na nią trochę, ale już mam :))))) Pasuje mi tu wspaniale. Kolorem idealnie nawiązuje do stołu barowego. W środku znalazło się miejsce dla polskiej porcelany..





Planując wykonanie zabudowy szyn zasłonowych pomyślałam, że fajnie by było umieścić nad lampą sztukateryjną rozetę. Nie mogła być nadto dekoracyjna, zamówiłam więc prostą, klasyczną. Taka sama będzie w kuchni. Podoba mi się przełamywanie prostoty i surowej nowoczesności ponadczasową klasyką. Mieszkam w kamienicy, chciałabym więc choć po części odtworzyć tu ducha tej, która stała w tym miejscu przed wojną.





Elementem obowiązkowym w dziennym są książki. 
Po czym poznać normalnego inaczej estetę?? Książki, których okładki "nie pasują" odwraca tyłem ;)))))








Moje "chorobowe" przeciągnęło się niemiłosiernie, musiałam się więc czymś zająć. Naturalnie czymś lekkim i przyjemnym. Zmalowałam więc dwa kolejne pejzażyki. Jutro zawisną na ścianie.





Pozostaję w nadziei, że w przyszłym tygodniu firma wreszcie wstawi moje drzwi i będę mogła położyć tapetę oraz zamontować listwy przypodłogowe w korytarzu. Chciałabym już zamknąć remont mieszkania definitywnie. Jestem już zmęczona. Podczas remontu i wykańczania łazienki mieliśmy bardzo pod górkę. Taki Mount Everest prawdziwy. Ciągle coś się sypało, na dodatek większość prac musieliśmy wykonać sami, w dwójkę. Jestem bogatsza w doświadczenie - położyłam kafle na ściany, tak więc jeśli w przyszłości zajdzie taka konieczność, zacznę się parać budowlanką ;))


Tak wygląda moja tapetka do korytarza...



 ...a pod tymi zdjęciami się znajdzie:





   Niedługo podzielę się z Wami pstrykami z nowej łazienki.
Jest zupełnie inna niż poprzednia. Zupełnie!! :) Pozostanie mi jeszcze zakupienie dodatków - dokoracji na ściany, haczyków na ręczniki, jakiejś półki, dozownika na mydło etc. Ale to jeszcze musi poczekać, bo po remoncie spłukana jestem niczym kamień górskim w strumieniu ;)




   Życzę Wam dobrego środka tygodnia :)))


czwartek, 31 sierpnia 2017

Dom ciepło ubrany

   Zwariowałam - ktoś by powiedział. W domu remontowy rozgardiasz, a ja wzięłam się za dekorowanie dziennego. Ubieram okna, dekoruję kąty. To dlatego, że bardzo tęskno mi do piękna i poczucia estetycznego spokoju ;)

Dziś będzie o nowych zasłonach, czyli o elemencie, który nadaje wnętrzu charakteru i domowego ciepła.

   Kiedy rok temu rozpoczynaliśmy remont, pomyślałam, że zrezygnuję z dekoracji okien, ot, dla zdrowotności. Jestem alergikiem. W ciągu roku przekonałam się jednak, że nie ma różnicy w stopniu odczuwania objawów alergii gdy mam w domu więcej czy mniej tekstyliów. Dlatego nie ma potrzeby, by z nich rezygnować. Ponadto zatęskniłam za ciepłem, które wprowadzają do wnętrz ciężkie zasłony. Dlatego zdecydowałam się ubrać nasze okna. Chcę, by było tu bardzo przytulnie.
   Zaczęliśmy od powieszenia szyn. Następnie zamówiliśmy sztukaterię i we dwójkę z mężem wykonaliśmy maskownicę przysufitową. Później zamówiłam zasłony.
   Klientką Dekorii jestem od lat. Pierwsze poszewki na poduszki zamawiałam kiedy firma "startowała". Jakość ich wykonania mnie zachwyciła. Od tamtej pory jestem stałą klientką i co jakiś czas coś zamawiam. Nigdy się nie zawiodłam. Kiedy więc przyszło mi znaleźć nowe zasłony, znów postawiłam na Dekorię. Poprosiłam jedynie konsultantkę o pomoc w doborze tkaniny. Wspomniałam, że chciałabym, by tkanina na zasłony była dość ciężka, mięsista i by pomogła mi wykreować przytulny pokój w angielskim stylu. Doradzono mi uszycie zasłon z tkaniny Cotton Panama, w kolorze starej bieli. I to był strzał w dziesiątkę. Tkanina ma piękny, kremowy kolor i spełnia wszystkie moje oczekiwania. Nadała wnętrzu zupełnie nowe oblicze. Sama pewnie wybrałabym inną tkaninę, dlatego jestem wdzięczna za pomoc i myślę, że konsultanci Dekorii mają znakomity gust ;)
Paczka z zasłonami była bardzo, bardzo ciężka, co odebrałam za dobry znak :))) Zamówienie jak zwykle na najwyższym poziomie. Zasłony pięknie odszyte, z załączoną instrukcją prania, wyprasowane "na blachę" - wystarczy tylko powiesić. BARDZO LUBIĘ :))))















  













   Reszta mojego mieszkania jeszcze remontowo straszy, ale dzienny nabrał już takiego smaczku, że aż się chce..!! :)

W kolejnym poście słów kilka o tym, co obecnie na tapecie ;) Do zobaczenia!! :)))
 

piątek, 25 sierpnia 2017

Na chwilę wpadam, by się przywitać

   Witam bardzo, ale to bardzo ciepło nowych czytelników :)))) Rozsiądźcie się proszę wygodnie, weźcie kubek dobrej kawy bądź herbaty i posiedźcie tu ze mną. Porozmawiajmy o czymś miłym, wywołującym dobre emocje..albo po prostu posiedźmy w ciszy, słuchając cichutkich dźwięków relaksującej muzyki... :))))

   Dziś znów serwuję post bez zdjęć, bo zwyczajnie nie mam jak fotografować, chociaż jest co ;) Nie dość, że w domu zmiany, to jeszcze obrazów nowych przybyło.. jednak wszystko jest zakamuflowane przed kurzem. Ale już z górki. Łazienka właściwie już zrobiona. Teraz kolej na moją pracę, czyli dekorowanie. No i sprzątanie rzecz jasna, a to zajmie na pewno sporo czasu.
  Obecnie dopieszczam jedną ze ścian w pokoju dziennym. Przyznam szczerze, że zawsze oszczędzałam na oknach. Gdy zamawiałam zasłony, to tylko dwie, żeby nie było za drogo.. Skutek był taki, że ścianie okiennej zawsze czegoś brakowało. Takiej kropki nad "i". Tym razem postanowiłam dopracować tę część pokoju. Pozostałe elementy zobowiązują - kamieniczne drzwi, masywna kuchnia, stół.. Choćbym miała nie kupić sobie nowych dżinsów, muszę pokój dzienny urządzić do końca. I żadnych półśrodków. Ma być pięknie, przytulnie i ma być widoczna jakość. Zresztą.. na swoim własnym osobistym doświadczeniu przekonałam się, że nie warto oszczędzać. Na meblach, dodatkach. Po prostu się nie opłaca ;)

   Och, jak mi pachnie kawą... Piję i zabieram się za sprzątanie. Wam życzę pogodnego weekendu. Zaglądajcie, bo w kolejnym poście pokażę nowe zasłony, a są naprawdę.....ach....!! :))))))))))
 

środa, 23 sierpnia 2017

Niespodziajki

    Kochani, wpadłam dosłownie na chwilkę.
Czas nas goni przeokropnie, a prace remontowe ciągną się jak przysłowiowe flaki z olejem.
Kilka dni temu dostałam wiadomość, że moje drzwi nie dojadą na czas. Producent ma półtoramiesięczne opóźnienie. Cóż.. wykończę łazienkę, a panowie montażyści będą musieli się nagimnastykować, żeby nie zepsuć tego co będzie zrobione. Nie mam już siły czekać, bo cały ten bałagan mnie wykańcza. Pokój Julki cały zastawiony sanitariatami (Jula z babcią już trzeci tydzień), wszędzie kurz i brak warunków do normalnego funkcjonowania. Myjemy się w misce, a wodę w toalecie spłukujemy z wiadra ;) Nie to jednak jest dla mnie najbardziej uciążliwe. Nie lubię brudu, a chwilowo muszę z nim żyć.
   Obecnie przerabiamy instalację. Kaloryfer przeniesiony już na inną ścianę, rurki przerobione pod umywalkę wolnostojącą.
Remont niestety nie obywa się bez kłopotów. Zaczęło się od tego, że podczas skuwania płytek w łazience popękała ściana w korytarzu. Świeżo malowana. Będę musiała pęknięcie jakoś zakamuflować, bo robić ścian na nowo już nie mam siły. Później poszedł nam nowy sprzęt. Musieliśmy wysłać do serwisu. Do tego wszystkiego to opóźnienie z drzwiami..no i ja - pochorowałam się na całego. Najpierw angina, później - tuż po zdemontowaniu toalety - grypa żołądkowa ;) Cudnie po prostu. Na szczęście już jest dobrze. Nabieram sił i pomagam w drobnych pracach. W tych mniej drobnych pomóc nie mogę, bo powypadkowe plecy mi na to nie pozwalają - kilkuminutowe kucnięcie czy schylenie się przynosi ból.
Nie załamuję się jednak, tylko cierpliwie czekam na efekt końcowy, a frustracje leczę wybierając dodatki do łazienki i dziennego ;)

   W międzyczasie dopieszczam pokój dzienny. Tu już nie jest tak strasznie. Zamykam moje kamieniczne drzwi przed remontem, dzięki czemu tony kurzu omijają kuchnię i pokój.
Kilka dni temu odebrałam zamówioną sztukaterię. W wolnych chwilach (gdy np. nie można wykonywać głośnych prac, czyli po godzinie 18:00) pracujemy nad drobiazgami. Zamontowaliśmy między innymi szyny na zasłony. Zamówiłam zasłony, standardowo w Dekorii. Wczoraj odebrałam paczkę i już nie mogę się doczekać, by je powiesić, bo są wspaniałe - ciężkie, długie, w kolorze kremowym. Myślę, że idealnie ocieplą wnętrze. Wkrótce podzielę się z Wami efektem :)


   A teraz chcę napisać o niespodziance, która mnie spotkała kilka dni temu. Otóż przy okazji rodzinnego spotkania na Pomorzu miałam okazję poznać pewną panią - koleżankę kuzynki. Bardzo sympatyczna, tak na marginesie. Kuzynka opowiedziała mi następnego dnia po spotkaniu, że gdy jej koleżanka zobaczyła nasz samochód i logo Rustykalnego, powiedziała, że przecież mnie zna..bo czyta mój blog. Aż mnie ciary przeszły :))))
Wiecie, takie sytuacje zdarzają mi się coraz częściej i jest to strasznie, strasznie miłe!! Co innego mieć z Wami kontakt wirtualny, a co innego móc poznać Was w świecie realnym. Zamienić słowo, uśmiechnąć się do Was i przekonać się, że nie jesteście jedynie statystykami na blogu, ale żywymi, realnymi, wspaniałymi osobowościami :))) Nawiasem mówiąc, przyszło mi do głowy, by zorganizować coś, by Was poznać tak właśnie bardziej realnie. Może Wy macie jakiś pomysł?? :)))))


PS Podczas ostatniego dnia pobytu na Pomorzu kuzynka zabrała nas do swojej znajomej, która handluje antykami. Ma na imię Gosia i ma niesamowite wyczucie smaku jeśli chodzi o wybór tego, co sprzedaje. Kiedy trafiłam do stodoły, w której znajduje się ekspozycja, mój wzrok przyciągnął jeden przedmiot - stara angielska lampa stołowa. Duża, masywna, dostojna. Zachwycająca!! Stała sobie pośród innych, mniejszych drobiazgów, zupełnie jakby czekała właśnie na mnie!! Idealna, wymarzona i wybitnie pasująca do mojej wizji salonu w stylu cottage, który chcę urządzić w domku pod lasem. Ona po prostu miała być moja. Kocham!!


:)


środa, 16 sierpnia 2017

Niespodzianka "Czterech Kątów" i remontowy rozgardiasz

      Taką oto niespodziankę sprawiła mi redakcja Czterech Kątów - to już trzeci imienny egzemplarz. Jesteście kochani, dziękuję!!!! :)))))))







Uwielbiam spędzać wieczory wertując magazyny wnętrzarskie i szukając inspiracji. Ot, taki miły przerywnik pomiędzy hałasem młota udarowego a brzęczeniem wiertarki ;) Nowe Cztery Kąty oferują mnóstwo pomysłów, działając niczym balsam na moją remontowo zakurzoną duszę ;)))


   Nasza łazienka wygląda jak pobojowisko. Kafle skute, ściany poszarpane, wszędzie kurz i resztki gruzu. Na środku uchowała się jeszcze wc-towa muszla, ale i ta wkrótce wybędzie. Dobrze, że mam sąsiadów, u których mogę się umyć... ;)
Ja jestem już zmęczona. Trwającym od roku remontem, bałaganem i w ogóle tym całym niedokończeniem. Chciałabym już zamknąć ten temat i móc wygodnie zasiąść w nieupapranych od kurzu poduchach i cieszyć się..po prostu.. Pocieszam się jednak, że powoli kończymy..
Gdy łazienka będzie w połowie zrobiona, będziemy wstawiać nowe drzwi. W grudniu jeszcze wymienię wejściowe (przez moje obecne słychać dosłownie wszystko) i temat remontu zamknę na amen.

  W pokoju dziennym montujemy szyny na zasłony. Brakowało mi wykończenia pokoju tekstyliami. Było jak dla mnie ciut za zimno, zbyt formalnie. Zamówiłam zasłony, klasyczne, jednokolorowe. Z czasem dokupię dywan bądź wykładzinę...
Czasami tak bywa, że urządzamy mieszkanie, jednak "w praniu" wychodzi, że coś jest mało funkcjonalne, czy nie do końca zgodne z preferencjami, gustem. Tak jest i u nas. Z kuchni jestem bardzo zadowolona, zaś pokój dzienny jeszcze dopieszczam. Surowy skandynawski styl jednak nie jest dla mnie. Owszem, niektóre elementy pasują mi bardzo, jednak potrzebuję w pokoju ciepła, przytulności i odrobiny stylu, w którym zakochałam się kilka lat temu - lubię ducha starych polskich kamienic. Zapewne pojawi się tu jakaś stara lampa, czy stół z odzysku. Z wymianą nie mam problemu, bo na wsi wszystko się przydaje ;)
Ponadto zwykle w takich mieszkaniach jak moje (43m) podczas aranżowania przestrzeni okazuje się, że coś zawadza, coś się nie otwiera gdy w pobliżu stoi inne coś... ;) Tak to już jest w mikroskopijnych domach. Grunt to się nie poddawać i walczyć tak długo, aż będzie i funkcjonalnie i efektownie :)
Jakkolwiek długi wydaje się proces tworzenia, kocham to. Uwielbiam tworzyć wnętrza właśnie tak -  powoli, z rozmysłem. Wypróbowywać, kombinować i aranżować tak długo, aż efekt będzie perfekcyjny.


   Na wsi póki co nic się nie dzieje. Prace stanęły w miejscu ze względu na remont łazienki. Gdy go już zamkniemy, zabierzemy się za budowę. Zanim zaczniemy remont starej chatki, chcemy wybudować domek narzędziowy. Wszystko już mamy zaplanowane, wybraliśmy stolarza i zrobiliśmy kosztorys. Czuję ekscytację na myśl, że na naszej działce wreszcie stanie coś nowego, szczelnego, pozbawionego dziwnej maści lokatorów, pachnącego drewnem i naszego ;)


Piszę chaotycznie jakoś... ale to dlatego, że się spieszę. Za chwilę jadę po farby, regipsy i inne kleje ;) Wam życzę radosnego dnia :)))


 



środa, 9 sierpnia 2017

Popołudniowy spacer po Mużakowie

   Pałac skąpany w popołudniowym słońcu wygląda nadzwyczajnie. Przedzierające się przez korony drzew promienie wiszącego nad widnokręgiem słońca wyglądają wręcz magicznie, nierealnie. Dookoła przestrzeń z masą wijących się tu i ówdzie ścieżek, gdzieniegdzie tylko przerywanych połyskującą wodą. Tu mostek, tam mostek... Są turyści, ale jest ich niewielu. Można się wyciszyć, zatrzymać.
Ale od początku.

   Z tych wakacji zapamiętam niewątpliwie dwie rzeczy: pakowanie i prasowanie. Nie, nie wyjeżdżamy nigdzie na dłużej, bo kończymy remont mieszkania. A pakujemy Lulkę. Przynajmniej ona korzysta. Cztery dni po powrocie z Chorwacji pojechała na obóz taneczny. Dwa dni po powrocie z obozu wyjechała z babcią na Pomorze. Jeździ, zwiedza, bawi się, a ja tylko pakuję, piorę, prasuję, pakuję, piorę, prasuję, pakuję... ;))
Nie mogę jednak narzekać. Odwiedziłam w te wakacje już kilka pięknych miejsc. Jedno z nich, do którego trafiliśmy przypadkowo, zachwyciło mnie niezmiernie. To pałac w Mużakowie, położony w Niemczech, w Saksonii, tuż przy granicy z Polską.
   Kiedy zawieźliśmy Lulkę na obóz, wsiedliśmy do samochodu i mieliśmy ruszać do domu, ale dzień był taki piękny... ;) Otworzyliśmy mapę. Prześwietliłam na googlach kilka pobliskich miejscowości. Kiedy zobaczyłam nazwę Mużaków coś mi zaświtało... Okazało się, że nazwę Mużaków miałam na swojej liście miejsc, które koniecznie muszę zobaczyć.
Na miejscu byliśmy po godzinie. Nie mieliśmy nic do jedzenia ani picia, ani euro. Poszliśmy na żywioł ;)
Samochód zostawiliśmy na parkingu w Łęknicy i ruszyliśmy przed siebie.
Najpierw pokonaliśmy kawałek drogi lasem. Później przeszliśmy przez mostek i znaleźliśmy się po stronie niemieckiej. Tuż za mostem rozpostarł się przed nami widok zapierający dech w piersi... Byliście tam kiedyś...??
Pałac w całym swoim anturażu robi ogromne wrażenie. Wnętrz nie zwiedziliśmy, bo było chwilkę po 18:00, ale spacer na zewnątrz w zupełności zaspokoił moje potrzeby.
   Z zamku powędrowaliśmy do miasteczka, później wróciliśmy do parku.
Okalająca wszystko zieleń w blasku zachodzącego słońca prezentowała się nadzwyczajnie. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej wycieczki...
























































































   Kilka dni temu zawoziliśmy Lulę na Pomorze, na wieś, do rodziny. I znów miałam okazję do krótkiego odpoczynku w gronie wspaniałych ludzi i w miejscu, na widok którego ciśnie się na usta "cudze chwalicie..." Relacja foto już wkrótce. Tymczasem uciekam do remontowego szału.
Zaczęliśmy demolkę łazienki. Musimy się wyrobić w dwa tygodnie, przed montażem drzwi do łazienki i pokoju Luli.
Muszę wziąć prysznic. Trzeba wygarnąć gruz z wanny.....................






Trzymajcie kciuki, żebym nie zwariowała i nie zarosła kurzem ;))) Do następnego!!

Udostępnij