środa, 23 sierpnia 2017

Niespodziajki

    Kochani, wpadłam dosłownie na chwilkę.
Czas nas goni przeokropnie, a prace remontowe ciągną się jak przysłowiowe flaki z olejem.
Kilka dni temu dostałam wiadomość, że moje drzwi nie dojadą na czas. Producent ma półtoramiesięczne opóźnienie. Cóż.. wykończę łazienkę, a panowie montażyści będą musieli się nagimnastykować, żeby nie zepsuć tego co będzie zrobione. Nie mam już siły czekać, bo cały ten bałagan mnie wykańcza. Pokój Julki cały zastawiony sanitariatami (Jula z babcią już trzeci tydzień), wszędzie kurz i brak warunków do normalnego funkcjonowania. Myjemy się w misce, a wodę w toalecie spłukujemy z wiadra ;) Nie to jednak jest dla mnie najbardziej uciążliwe. Nie lubię brudu, a chwilowo muszę z nim żyć.
   Obecnie przerabiamy instalację. Kaloryfer przeniesiony już na inną ścianę, rurki przerobione pod umywalkę wolnostojącą.
Remont niestety nie obywa się bez kłopotów. Zaczęło się od tego, że podczas skuwania płytek w łazience popękała ściana w korytarzu. Świeżo malowana. Będę musiała pęknięcie jakoś zakamuflować, bo robić ścian na nowo już nie mam siły. Później poszedł nam nowy sprzęt. Musieliśmy wysłać do serwisu. Do tego wszystkiego to opóźnienie z drzwiami..no i ja - pochorowałam się na całego. Najpierw angina, później - tuż po zdemontowaniu toalety - grypa żołądkowa ;) Cudnie po prostu. Na szczęście już jest dobrze. Nabieram sił i pomagam w drobnych pracach. W tych mniej drobnych pomóc nie mogę, bo powypadkowe plecy mi na to nie pozwalają - kilkuminutowe kucnięcie czy schylenie się przynosi ból.
Nie załamuję się jednak, tylko cierpliwie czekam na efekt końcowy, a frustracje leczę wybierając dodatki do łazienki i dziennego ;)

   W międzyczasie dopieszczam pokój dzienny. Tu już nie jest tak strasznie. Zamykam moje kamieniczne drzwi przed remontem, dzięki czemu tony kurzu omijają kuchnię i pokój.
Kilka dni temu odebrałam zamówioną sztukaterię. W wolnych chwilach (gdy np. nie można wykonywać głośnych prac, czyli po godzinie 18:00) pracujemy nad drobiazgami. Zamontowaliśmy między innymi szyny na zasłony. Zamówiłam zasłony, standardowo w Dekorii. Wczoraj odebrałam paczkę i już nie mogę się doczekać, by je powiesić, bo są wspaniałe - ciężkie, długie, w kolorze kremowym. Myślę, że idealnie ocieplą wnętrze. Wkrótce podzielę się z Wami efektem :)


   A teraz chcę napisać o niespodziance, która mnie spotkała kilka dni temu. Otóż przy okazji rodzinnego spotkania na Pomorzu miałam okazję poznać pewną panią - koleżankę kuzynki. Bardzo sympatyczna, tak na marginesie. Kuzynka opowiedziała mi następnego dnia po spotkaniu, że gdy jej koleżanka zobaczyła nasz samochód i logo Rustykalnego, powiedziała, że przecież mnie zna..bo czyta mój blog. Aż mnie ciary przeszły :))))
Wiecie, takie sytuacje zdarzają mi się coraz częściej i jest to strasznie, strasznie miłe!! Co innego mieć z Wami kontakt wirtualny, a co innego móc poznać Was w świecie realnym. Zamienić słowo, uśmiechnąć się do Was i przekonać się, że nie jesteście jedynie statystykami na blogu, ale żywymi, realnymi, wspaniałymi osobowościami :))) Nawiasem mówiąc, przyszło mi do głowy, by zorganizować coś, by Was poznać tak właśnie bardziej realnie. Może Wy macie jakiś pomysł?? :)))))


PS Podczas ostatniego dnia pobytu na Pomorzu kuzynka zabrała nas do swojej znajomej, która handluje antykami. Ma na imię Gosia i ma niesamowite wyczucie smaku jeśli chodzi o wybór tego, co sprzedaje. Kiedy trafiłam do stodoły, w której znajduje się ekspozycja, mój wzrok przyciągnął jeden przedmiot - stara angielska lampa stołowa. Duża, masywna, dostojna. Zachwycająca!! Stała sobie pośród innych, mniejszych drobiazgów, zupełnie jakby czekała właśnie na mnie!! Idealna, wymarzona i wybitnie pasująca do mojej wizji salonu w stylu cottage, który chcę urządzić w domku pod lasem. Ona po prostu miała być moja. Kocham!!


:)


środa, 16 sierpnia 2017

Niespodzianka "Czterech Kątów" i remontowy rozgardiasz

      Taką oto niespodziankę sprawiła mi redakcja Czterech Kątów - to już trzeci imienny egzemplarz. Jesteście kochani, dziękuję!!!! :)))))))







Uwielbiam spędzać wieczory wertując magazyny wnętrzarskie i szukając inspiracji. Ot, taki miły przerywnik pomiędzy hałasem młota udarowego a brzęczeniem wiertarki ;) Nowe Cztery Kąty oferują mnóstwo pomysłów, działając niczym balsam na moją remontowo zakurzoną duszę ;)))


   Nasza łazienka wygląda jak pobojowisko. Kafle skute, ściany poszarpane, wszędzie kurz i resztki gruzu. Na środku uchowała się jeszcze wc-towa muszla, ale i ta wkrótce wybędzie. Dobrze, że mam sąsiadów, u których mogę się umyć... ;)
Ja jestem już zmęczona. Trwającym od roku remontem, bałaganem i w ogóle tym całym niedokończeniem. Chciałabym już zamknąć ten temat i móc wygodnie zasiąść w nieupapranych od kurzu poduchach i cieszyć się..po prostu.. Pocieszam się jednak, że powoli kończymy..
Gdy łazienka będzie w połowie zrobiona, będziemy wstawiać nowe drzwi. W grudniu jeszcze wymienię wejściowe (przez moje obecne słychać dosłownie wszystko) i temat remontu zamknę na amen.

  W pokoju dziennym montujemy szyny na zasłony. Brakowało mi wykończenia pokoju tekstyliami. Było jak dla mnie ciut za zimno, zbyt formalnie. Zamówiłam zasłony, klasyczne, jednokolorowe. Z czasem dokupię dywan bądź wykładzinę...
Czasami tak bywa, że urządzamy mieszkanie, jednak "w praniu" wychodzi, że coś jest mało funkcjonalne, czy nie do końca zgodne z preferencjami, gustem. Tak jest i u nas. Z kuchni jestem bardzo zadowolona, zaś pokój dzienny jeszcze dopieszczam. Surowy skandynawski styl jednak nie jest dla mnie. Owszem, niektóre elementy pasują mi bardzo, jednak potrzebuję w pokoju ciepła, przytulności i odrobiny stylu, w którym zakochałam się kilka lat temu - lubię ducha starych polskich kamienic. Zapewne pojawi się tu jakaś stara lampa, czy stół z odzysku. Z wymianą nie mam problemu, bo na wsi wszystko się przydaje ;)
Ponadto zwykle w takich mieszkaniach jak moje (43m) podczas aranżowania przestrzeni okazuje się, że coś zawadza, coś się nie otwiera gdy w pobliżu stoi inne coś... ;) Tak to już jest w mikroskopijnych domach. Grunt to się nie poddawać i walczyć tak długo, aż będzie i funkcjonalnie i efektownie :)
Jakkolwiek długi wydaje się proces tworzenia, kocham to. Uwielbiam tworzyć wnętrza właśnie tak -  powoli, z rozmysłem. Wypróbowywać, kombinować i aranżować tak długo, aż efekt będzie perfekcyjny.


   Na wsi póki co nic się nie dzieje. Prace stanęły w miejscu ze względu na remont łazienki. Gdy go już zamkniemy, zabierzemy się za budowę. Zanim zaczniemy remont starej chatki, chcemy wybudować domek narzędziowy. Wszystko już mamy zaplanowane, wybraliśmy stolarza i zrobiliśmy kosztorys. Czuję ekscytację na myśl, że na naszej działce wreszcie stanie coś nowego, szczelnego, pozbawionego dziwnej maści lokatorów, pachnącego drewnem i naszego ;)


Piszę chaotycznie jakoś... ale to dlatego, że się spieszę. Za chwilę jadę po farby, regipsy i inne kleje ;) Wam życzę radosnego dnia :)))


 



środa, 9 sierpnia 2017

Popołudniowy spacer po Mużakowie

   Pałac skąpany w popołudniowym słońcu wygląda nadzwyczajnie. Przedzierające się przez korony drzew promienie wiszącego nad widnokręgiem słońca wyglądają wręcz magicznie, nierealnie. Dookoła przestrzeń z masą wijących się tu i ówdzie ścieżek, gdzieniegdzie tylko przerywanych połyskującą wodą. Tu mostek, tam mostek... Są turyści, ale jest ich niewielu. Można się wyciszyć, zatrzymać.
Ale od początku.

   Z tych wakacji zapamiętam niewątpliwie dwie rzeczy: pakowanie i prasowanie. Nie, nie wyjeżdżamy nigdzie na dłużej, bo kończymy remont mieszkania. A pakujemy Lulkę. Przynajmniej ona korzysta. Cztery dni po powrocie z Chorwacji pojechała na obóz taneczny. Dwa dni po powrocie z obozu wyjechała z babcią na Pomorze. Jeździ, zwiedza, bawi się, a ja tylko pakuję, piorę, prasuję, pakuję, piorę, prasuję, pakuję... ;))
Nie mogę jednak narzekać. Odwiedziłam w te wakacje już kilka pięknych miejsc. Jedno z nich, do którego trafiliśmy przypadkowo, zachwyciło mnie niezmiernie. To pałac w Mużakowie, położony w Niemczech, w Saksonii, tuż przy granicy z Polską.
   Kiedy zawieźliśmy Lulkę na obóz, wsiedliśmy do samochodu i mieliśmy ruszać do domu, ale dzień był taki piękny... ;) Otworzyliśmy mapę. Prześwietliłam na googlach kilka pobliskich miejscowości. Kiedy zobaczyłam nazwę Mużaków coś mi zaświtało... Okazało się, że nazwę Mużaków miałam na swojej liście miejsc, które koniecznie muszę zobaczyć.
Na miejscu byliśmy po godzinie. Nie mieliśmy nic do jedzenia ani picia, ani euro. Poszliśmy na żywioł ;)
Samochód zostawiliśmy na parkingu w Łęknicy i ruszyliśmy przed siebie.
Najpierw pokonaliśmy kawałek drogi lasem. Później przeszliśmy przez mostek i znaleźliśmy się po stronie niemieckiej. Tuż za mostem rozpostarł się przed nami widok zapierający dech w piersi... Byliście tam kiedyś...??
Pałac w całym swoim anturażu robi ogromne wrażenie. Wnętrz nie zwiedziliśmy, bo było chwilkę po 18:00, ale spacer na zewnątrz w zupełności zaspokoił moje potrzeby.
   Z zamku powędrowaliśmy do miasteczka, później wróciliśmy do parku.
Okalająca wszystko zieleń w blasku zachodzącego słońca prezentowała się nadzwyczajnie. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej wycieczki...
























































































   Kilka dni temu zawoziliśmy Lulę na Pomorze, na wieś, do rodziny. I znów miałam okazję do krótkiego odpoczynku w gronie wspaniałych ludzi i w miejscu, na widok którego ciśnie się na usta "cudze chwalicie..." Relacja foto już wkrótce. Tymczasem uciekam do remontowego szału.
Zaczęliśmy demolkę łazienki. Musimy się wyrobić w dwa tygodnie, przed montażem drzwi do łazienki i pokoju Luli.
Muszę wziąć prysznic. Trzeba wygarnąć gruz z wanny.....................






Trzymajcie kciuki, żebym nie zwariowała i nie zarosła kurzem ;))) Do następnego!!

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Przystanek: Kazimierz Dolny

   Kolejnym przystankiem po Hajnówce był Kazimierz Dolny. Na miejsce dojechaliśmy późnym wieczorem, więc wykupiliśmy pierwszy lepszy pokój i z rana wybraliśmy się na spacer.
Ogrom galerii artystycznych mnie powalił. Jedne przyciągały klimatem, inne osobowością artysty, jeszcze inne po prostu "zawartością". Niektóre skutecznie mnie odstraszyły - nie przepadam za artystami, którzy nie widzą świata poza czubkiem własnego nosa ;)
W jednej z galerii odbyliśmy z artystą ciekawą rozmowę na temat popełniania desperackich kroków w remontowaniu starego domu. Bardzo miły mężczyzna. Na odchodne dostałam kilka pocztówek z wizerunkiem prac artysty i jego żony.
Kawałek dalej natknęłam się na stragan z magnesami i biżuterią z ceramiki. Rzecz jasna nie mogłam przejść obojętnie ;) Przy stoisku postaliśmy trochę dłużej, bo poznaliśmy właścicieli-rękodzielników. Ale fajni ludzie :) Nie mogliśmy się nagadać, zupełnie jakbyśmy znali ich od lat. Wykonują torebki i wspomniane magnesiki, bransoletki, wisiory.. a wszystko to z fajnymi grafikami. Dowiedziałam się, że mogę im podesłać zdjęcie jednego ze swoich obrazów i wykonają magnes bądź co tam sobie zażyczę, z wybraną grafiką. Rewelacja!! :) Od nich też dostałam gratis. Skwitowałam, że aż mi głupio, bo gdzie nie wlezę, tam ktoś mi coś daje ;)) (widać było coś po mnie czy co..?) Ale to szalenie miłe. I pewnie sama zrobiłabym tak samo ;)
Jeśli chcecie zobaczyć prace Malwiny i jej męża, proszę, podaję namiar:
http://piando.shopshood.com/
Są też na fejsbuku - można tu obejrzeć biżuterię, zerknijcie koniecznie ;)
   Po pogawędce z cudownie szalonymi rękodzielnikami udaliśmy się nad Wisłę. Spłukani już doszczętnie z powodu kosztów podróży i remontów domowych, zasiedliśmy na ławeczce z obiadem - bułką z kabanosem. Mniam...!! :))))))

   Z Kazimierza jechaliśmy do domu. Stęsknieni za swoim łóżeczkiem, bielutką pościelą i przytulnością w każdym znaczeniu tego słowa. Bo.. nawet gdy trwa remont, jest upierdliwie, głośno i bałaganiarsko.. no nie... nie ma jak w domu...!! :))))))))))))))))



Galeria sympatycznego artysty...




... a tu galeria zamknięta, ale za to z jakim wejściem..!! ;)




I Malwina. Cudowna babka. Chodząca po chodniku w skarpetkach i zarażająca hiperpozytywną energią ;)




Do zobaczenia!!
:)

piątek, 4 sierpnia 2017

Hajnówka i anielsko-angielskie inspiracje

   Tak jak wspomniałam w poprzednich wpisach, kolejnym przystankiem naszej krótkiej podróży była Puszcza Białowieska i Hajnówka, a w niej dom Reginy i Anatola.
Reginę poznałam przez internet. Napisała do mnie, bo spodobał jej się mój obraz z malwami. To było przeszło rok temu. Mąż Reginy, pan Anatol (którego nie miałam okazji jeszcze poznać) tworzy stołki i stoły z drewna. Jeśli chcecie zobaczyć te cuda, zajrzyjcie TU.
Jakiś czas temu Regina zaproponowała, byśmy dokonali wymiany - obraz za stolik. Pomysł spodobał mi się bezapelacyjnie. Mebelek na pewno idealnie wpisze się w stylistykę naszego przyszłego rustykalnego salonu. Jedyną trudnością był transport. Dzielą nas setki kilometrów, więc jedyną opcją było odwiedzenie Hajnówki przy okazji jakichś wakacyjnych wojaży.
Regina ugościła nas kawą, ciastkiem i bardzo ciepłym usposobieniem. Później dokonaliśmy wymiany, a na końcu jeszcze obdarowała mnie sadzonkami malw, trawy żubrówki (musielibyście widzieć z jakim namaszczeniem je traktuje mój mąż..jaki zachwycony..;) ) i.. hmm.. maleńkich, różowych kwiatków.
- Co to za kwiaty? - spytałam Reginę.
- Nie wiem. Nazwij to "hajnowskimi kwiatkami" :)
Ledwie domknęliśmy bagażnik. W nim walizki, zakupy ze Szmizjerki, prezenty od Ani i Maćka (poziomki w słoiku i nalewka śliwkowa), stół, deska na sery, którą kupiłam od Reginy, a na wierzchu sadzonki. I jechaliśmy tak dalej, przed siebie. Kolejny przystanek: Kazimierz Dolny., a tam znów wspaniałe wrażenia..ale o tym w kolejnym poście ;)

Tak się prezentuje stolik kawowy od Reginy i Anatola, z blatem z plastra dębu, cudowny w swej prostocie i surowości...








   Stolik nie jest jeszcze należycie wyeksponowany. Stoi rogiem na razie i czeka na nowe wnętrze, by móc cieszyć oczy.


My utknęliśmy. Lada dzień zaczynamy remont nieszczęsnej łazienki w mieszkaniu. Teraz już musimy, bo zamówiliśmy nowe drzwi do łazienki i pokoju Julki, a przed ich montażem musimy skuć kafle, bo otwory drzwiowe będą poszerzane. Nie kwapiliśmy się do tej pory, zmęczeni bałaganem i niekończącą się opowieścią..yyy...to znaczy pracą ;) Mieliśmy wcześniej zacząć remont w mieszkaniu, to najpierw trzeba było stawiać płot na wsi, żeby złodziej nie niszczył kwiatów... później znów fundusze się skończyły.. Nie uznaję półśrodków i nie chciałam oszczędzać na płytkach i innych klejach.
Jakaś taka zniechęcona byłam ostatnio. Zmęczenie materiału...? Nie wiem.. Remont mieszkania w kamienicy i odbudowa starego domu na wsi, do tego reorganizacja ogrodu, bo co chwilę coś tudzież ktoś go zżera.. to nie zachęca do optymizmu. Moja cierpliwość rozciągnęła się do granic możliwości, a to pewnie dopiero początek ;)


   Projekt naszego domku zupełnie się zmienił. W zasadzie wszystko jest inaczej niż pierwotnie, z zachowaniem starych murów naokoło jedynie. Musieliśmy go zmienić ze względów technicznych. Nowy projekt jednak znacznie bardziej przypadł mi do serca. Pomieszczenia są bardziej przytulne. Nie chcę pustych, otwartych przestrzeni, to nie dla mnie. Chcę, by było tu ciepło jak w niewielkich angielskich cottages. Za to bardzo zależy mi na funkcjonalności i świetle słonecznym. Zaś jeśli idzie o kuchnię, chciałam, by była przytulna, ciepła, oryginalna i z oknem na korytarze bukszpanów i drzewa. Poprzedni rysunek uwzględniał kuchnię z dużymi oknami wychodzącymi na wschodnią część działki, czyli na kwiaty. Nie bardzo to do mnie przemawiało.. Teraz okno będzie jedno, mniejsze, ale na las. Kuchnia będzie taka...ach........!! :)))
Wiem, że do rozpoczęcia budowy jeszcze sporo czasu, ale już teraz muszę znać projekt i wiedzieć na przykład gdzie będą okna i jaki mają mieć kolor. Pomysły przebiegają przez moją głowę niczym stado rozpędzonych pterodaktyli. Co chwilę pojawia się nowa wizja kuchni, salonu. Ma kilka takich "perełek inspiracyjnych", na których będę się wzorować. Jedną z nich jest film "Pokuta". Oglądaliście? Znacie wnętrza z filmu..?? Mnie powalają na łopatki. Taki salon widzę u siebie. Może nie bogaty w sztukaterię, ale na pewno z motywem kwiatowym. Jeszcze jakaś fajna krata do tego, kwieciste zasłony, ciężkie drewniane okna ze szprosami, kolorowe meble...

Stopklatka z Pokuty. Kto nie oglądał, a kocha angielskie wnętrza... ten zapewne właśnie zaczyna seans ;)




Takie zdjęcia dodają mi otuchy. Remont, budowa i projektowanie to nie tylko przyjemności. To również stres związany z kosztami, obawą o popełnienie błędu, niepewnością.. No i zdecydowanie trudniej jest, gdy się większość prac wykonuje bez pomocy fachowców, prawdziwnych i tych "pseudo".
Niedługo planujemy postawić nową szopę. Zastanawiam się, czy damy radę sami, ale... kto jak nie my ;))))

Do zobaczenia!!
:)


wtorek, 25 lipca 2017

Zamknięte w słoikach.. czyli kwintesencja lata

   Miałam pisać o kolejnym przystanku naszej podróży, ale wstrzymam się do kolejnego postu, bo przy okazji wpisu chciałabym się z Wami podzielić zdjęciami, które zrobię jutro.

   Dziś odpoczywam. Wczorajszy dzień obfitował w emocje, bo z dalekiej podróży wróciła nasza ptaszyna. Opalona i radosna, naturalnie z ledwie domkniętą walizką, która pomieściła - jak zwykle - jakże wyczekiwane i wywołujące uśmiech jak u kota z "Alicji.." pamiątki ;))
Strasznie tęskniłam.

   Od rana krzątam się po kuchni, która teraz pachnie lawendą, ziołami, owocami i zielonym ogórkiem. Z ogrodu przywiozłam borówki. Część mrożę, z części mama będzie robić powidła. Doskonale sprawdzają się do pieczonych rogalików. Nabrałam ochoty na upieczenie jagodzianek..czy raczej...borówczanek ;) Z borówką jeszcze nie piekłam.
   Kiedy uporządkowałam kuchnię po śniadaniu, moim oczom ukazał się widok tak zacny, że chwyciłam za aparat. Cudnie mi z tym. Z własnymi przetworami, owocami, ziołami. Marzyłam, by smaki zamykać w słoikach, ale by zbiory pochodziły z mojego ogrodu. Liczę, że kiedyś doczekam się na wsi spiżarni z prawdziwego zdarzenia, z regałami na słoje i na butle z winem i nalewkami...







Wczoraj zrobiłam małosolne, a kilka dni temu przesmażyłam czarną porzeczkę z cynamonem. Moje słoiczki z przetworami są..hmmm.. Najlepiej ujęła to Julka: "Mamusiu, one są zupełnie jak ty, ty też jesteś do góry nogami" ;)))






  W tym roku po raz pierwszy zrobiliśmy sosnówkę. Najpierw powstał syrop z sosny (wyśmienity; poprzednie dwa lata z rzędu mi nie wyszedł, bo raz się skwasił, a drugim razem w słoju jaja złożyły jakieś muszki..brrrr...), a potem pędy, które zostały, zalaliśmy wódką (ja nie mogę spirytusu, więc wszystkie nalewki robimy na wódce) i wodą. Nalewka wspaniale pachnie i jeszcze lepiej smakuje..







W małych karafkach, które kupuję na targach staroci - tę mniejszą ze zdjęcia kupiłam za złotówkę - zamykam oliwę z dodatkiem ziół z ogrodu, majeranku i rozmarynu. Nie robię tego w dużych butlach, by się nie zepsuły.









Jutro będę robić ogórki. Na balkonie czeka cała skrzynia. Zdecydowanie muszę się wyspać ;)

Spokojnego wieczoru Wam życzę.. :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Magicznie nostalgicznie czyli podróż po Podlasiu

   Przejeżdżając przez wsie usłane drewnianymi chatami podziwiałam nie tylko widoki, ale przede wszystkim nazwy miejscowości, rzek czy jezior. Ot, choćby "Oksiutycze" :) Tu, na Podlasiu jest zupełnie inaczej niż u nas. Wszystko jakieś takie większe, bardziej rozległe. Jest cicho, a czas jakby się zatrzymał.
- O, zobacz, rzeka Pyszna!
- Gdzie?
- Nie ma..jest sam most. Ktoś ją wypił.
Jest tu wiele magicznych zakątków. Jako że marzy mi się dom po części obity drewnem, czerpałam inspiracje, a do domu wróciłam lekko oszołomiona i równie magicznie natchniona. Ba, nawet pan mąż złapał bakcyla, bo jadąc rzucał okiem to na prawo, to na lewo. Zdarzało się, że nie zauważał przez to "hopka" na drodze. Ja wówczas modliłam się, by samochód, który wyskoczył jak z  wyrzutni, wylądował w powrotem na jezdni.
- Zobacz, jak pięknie!!
- Kochanie prowadzę.
Mhm. Prowadzi, ale zwalnia i patrzy.
Mnie ogarnia błogostan, gdy zauważam drewniany (odnowiony) domek pod lasem wśród zarośli tak zielonych, jakby je kto farbą ochlapał. Przed domkiem niewielka, równie zielona łąka. Ach, jaki piękny byłby tu piknik....!!
- O, a zobacz na to ogrodzenie! - krzyczy kierowca.
- Gdzie..?? Ejjjjj!! Uważaj, dziura... ehh.. znowu. No..piękneeeeeeeeeeeeeeeee...................

Rozglądając się na prawo i lewo jadąc samochodem, doszliśmy do wniosku, że Podlasie to kraina krów i bocianów. Jest ich to naprawdę sporo. Konkluzja taka nam się przy okazji wykluła, że krów jest dużo, bo przynoszą je bociany.
Takie myśli człowieka nachodzą, gdy spędza 9 godzin w podróży. To strasznie męczące, lecz gdy w końcu dociera się do tak wspaniałego miejsca, jakim jest dom Ani i Maćka, bolące nogi i siódme poty idą w zapomnienie.
Dwa wspaniałe dni spędziliśmy w Aniutkowie. Z Anią znamy się od lat, ale do ubiegłego roku znałyśmy się zaledwie wirtualnie. Ponad rok temu odwiedziliśmy desperatów (takich jak my zresztą), którzy mieszkali w maleńkiej drewnianej chatynie i budowali swój wymarzony dom, stojący tuż obok. Starą chatę Anka urządziła w taki sposób, że przepadłam z kretesem. Ze starego starocia, którego ktoś by już pewnie spisał na straty, zrobiła takie cudo, że kiedy przekroczyłam próg zastanawiałam się jak ona do licha to zrobiła..??!! Wtedy domownicy byli pochłonięci pracami budowlanymi, więc nie zabawiliśmy długo, ale zdążyłam napić się z Anią kawy z cynamonem, której zapach i smak pamiętam do dziś. W domu próbowałam zaparzyć taką samą, ale najwyraźniej taka kawa to tylko u nich, na Podlasiu, Nigdzie indziej nie zasmakuje tak samo.

I tym razem doczekałam się kawy z cynamonem. Z Anią i Maćkiem spędziliśmy fantastyczny czas. Ja, matka już nastolatki, zapomniawszy już jak to jest mieć bobasa w domu, wytarmosiłam najmłodszą latorośl aniutkową - Leona. Cudny maluch!! Niespodziewanie zostałam ciotką i chcę nią pozostać. Amen.
:)))))
Pozostaję w nadziei, że wkrótce będziecie mogli poczytać o aniowych i maćkowych poczynaniach w moim reportażu. Aniutkowicze są niesamowici, naprawdę!! A ich dom..................................


Mateczka Aneczka...



...gadżeciarze....



i jakiś przyjezdny duch.. ;)



To miejsce jest w ogóle magiczne.
Mówi się, że sen, który się przyśni w nowym miejscu, się spełni. Śniło mi się, że wyglądam przez okno sypialni i widzę kobiety w ludowych strojach (zobaczcie, jaki wpływ ma design domu...!! hahahah). Podobno - to słowa właścicieli domu, jesteśmy nadal we śnie - miejscowi chodzą w strojach ludowych w każdą niedzielę, ot, taka tradycja.
Wszak była sobota, gdy opuszczaliśmy Aniutkowo, ale jadąc przez wieś minęliśmy przy drodze dwie panie..ubrane w ludowe stroje...................... ;))))))))))))))


Kolejnym przystankiem był dom Reginy w Puszczy Białowieskiej. O tym, kto to taki i w jakim celu nas tam przywiało, w kolejnym poście ;) Do zobaczenia!!

piątek, 21 lipca 2017

Ogrodowe kadry

   Ostatnich kilka dni spędziliśmy w cudownych miejscach i równie wspaniałej atmosferze. Napiszę o tym słów kilka w kolejnych postach. Dziś szybciutko i ogrodowo. Pracujemy intensywnie na działce (dziś dzień odpoczynku), bo trzeba było trochę zmienić ogrodowe plany. Podczas naszej nieobecności ktoś wszedł na teren ogrodu i zdeptał moje kwiaty. Wykopał jeden kwiat...choć..w sumie i tak się nie doliczę.. :/ Nie pozostaje nic innego jak kupić kamerę i objąć teren działki monitoringiem.
Póki co miejsca, przez które niechcianiec mógł się dostać na teren działki, osłaniamy płotem.
Jeszcze nie pomalowany, bo kasiorka się kończy.. Wymieniamy w mieszkaniu w mieście drzwi, więc budżet trochę ucierpiał. Cóż, co się odwlecze.... ;)


Dwa lata temu nawet nie marzyłam o tym, że będę mogła jeść śniadanie w takiej scenerii...









Moja ulubiona alejka... Wieczorami spaceruję nią, albo po prostu przynoszę krzesło i zasiadam z książką. Kiedyś stanie tu ławka. Miała stanąć tego lata, ale mama w jej miejscu posadziła fasolkę ;)))





A to nasz gość. Jego rozmiar robi wrażenie. Cudne obrazy maluje natura...




Życzę Wam pogodnego dnia!! :)

wtorek, 11 lipca 2017

Fototapeta - jestem na "tak"

   Wpis sponsorowany
   Kilkakrotnie już drogą mailową zadawaliście mi pytania dotyczące fototapet – co o nich myślę, czy nie są tandetne, „obciachowe”, czy warto je zastosować we wnętrzach i jak to zrobić. Korzystając z okazji nawiązania współpracy w firmą produkującą fototapety postanowiłam poświęcić wpis temu właśnie tematowi, bo jest on – moim zdaniem – naprawdę wart uwagi J

   Fototapeta czasami kojarzy nam się źle. Bywa, że przywodzi na myśl lata 80-te i 90-te, kiedy cieszyły się one dużą popularnością, zaś znakiem rozpoznawczym były palmy i wodospady, a nade wszystko kiepska jakość ;)
Ze współczesnymi fototapetami mają one niewiele wspólnego. Te „dzisiejsze” cechuje świetna jakość – w łatwy sposób się je nakłada, łatwo się też ściąga (oczywiście tu dużą rolę pełni również klej). Powierzchnia tapety może być błyszcząca, bądź matowa, wedle życzenia klienta. Jeśli komuś trudno się zdecydować na kolorystykę, można zamówić próbkę koloru, która jest niczym innym jak wydrukiem tapety na małym formacie. Te wszystkie możliwości daje na przykład sklep internetowy uwalls.pl. Dodatkowym i niewątpliwie istotnym plusem jest tu ogromny wybór wzorów fototapet. Zachęcam Was do obejrzenia oferty, ja zaś skupię się na kilku wybranych propozycjach.

   Jedna z czytelniczek spytała mnie kiedyś jaką fototapetę wybrałabym do salonu i czy trzeba mieć wnętrze urządzone w określonym stylu, by któryś deseń móc zastosować.
Powiem, a raczej napiszę tak: w każdym wnętrzu można zastosować fototapetę. Trzeba tylko zrobić to z rozwagą.

Wiele/-u z Was zapewne mieszka/urządza/lubuje się we wnętrzach w stylu skandynawskim. W takich czterech kątach widziałabym coś w ten deseń:








Świetnym pomysłem jest zastosowanie motywu biblioteczki. Kiedyś szukając inspiracji natknęłam się na zdjęcie aranżacji scandi-salonu, w którym powieszono pas tapety imitującej stary regał z książkami. Wyglądało to obłędnie!! Wiem, że zaraz znajdą się tu czytelnicy, którzy zganią mnie za „imitacje” ;), jednak jeśli ktoś nie ma miejsca na urządzenie biblioteczki, bo na przykład woli wykorzystać miejsce na lustro bądź szafki na domowe niezbędności, to dlaczego nie? J
W ofercie Uwalls znalazłam coś takiego:





Myślę, że taka tapeta świetnie będzie współgrać z surowym, skandynawskim wnętrzem. Warto tu pokusić się o wyszperanie na targowisku ze starociami ramy do lustra/obrazu w podobnej kolorystyce do szafa na tapecie.
We wnętrzu skandynawskim widziałabym też tapetę w kwiaty (tu coś dla miłośniczek romantycznych deseni w stylu vintage - takich jak ja) ;) W korytarzu/przedpokoju, jak zwał tak zwał, zastosowałabym taką tapetę:





Wystarczyłoby, by wzór był stosunkowo niewielki i powtarzalny. Taką dekoracją można ozdobić jedną ze ścian albo zrobić z niej lamperię wykończoną ozdobnym gzymsem. Do tego białe drzwi, białe ściany i kilka cienkich, delikatnych ramek (w prostej formie), w kolorystyce dobranej do tapety – w tym wypadku jasnych brązach, szarościach i ciemnej, przybrudzonej zieleni. Do tego fajna lampa w stylu skandynawskim – raczej jasna, najlepiej biała…albo po prostu coś wyszperanego na targu staroci.


Właściwie dla każdego stylu tu się coś znajdzie. Ot, na przykład glamour:






Mnie o zawrót głowy przyprawiły tapety z działu „Etno”.  Wzory są niesamowite, wyobrażacie sobie salon z taką fototapetą…? Ja BARDZO J))












Blisko tego tematu będzie też stylistyka marokańska, której wzornictwo cieszy się ostatnio u nas dużą popularnością. Często spotyka się we wnętrzach kafle z kolorowymi wzorami, ale spójrzcie na te fototapety - czy nie są wspaniałe..? Wyobraźcie sobie białą (bądź w innym kolorze, ale jednolitą) kuchnię, w której jedną ze ścian zdobiłby motyw z drugiego zdjęcia... ;)








Co zaś wybrałabym do pokoju dziecięcego? Na pewno coś neutralnego. Gdy nakleicie tapetę z księżniczką z baśni czy ulubionym bohaterem bajki, wzór szybko się dziecku znudzi. No, chyba że jesteście otwarci na szybkie zmiany ;)

Ja zastosowałabym coś takiego:















Źródło zdjęć: www.uwalls.pl



Mam nadzieję, że Was zainspirowałam i odpowiedziałam na pytania zadawane w mailach. Gdybym mogła pomóc w czymś jeszcze – piszcie śmiało w komentarzach. Przejrzyjcie ofertę sklepu, może i Wam coś wpadnie w oko ;)

Życzę Wam bardzo, ale to bardzo kolorowego dnia!!
:)))





Udostępnij